środa, 25 października 2017

Jeden uśmiech

Manga: Naruto
Kategoria: akcja, romans, +18
Inspiracje:
Cytat: Starset — Die for you
Uwagi i ograniczenia: Ta partówka przedstawia losy kapitana Uzumakiego, jego konflikt z przyjaciółmi oraz rodzące się uczucie pomiędzy nim a dziewczyną uznaną przez resztę za wroga. W tym krótkim opowiadaniu chciałam przedstawić drogę, którą pokonał ten bohater, zanim jeszcze konflikt z Bogami stał się otwarty. Dzięki tej partówce lepiej zrozumiecie postępowanie Naruto w Legion: Bogowie.
Partówka ta zawiera krótki wątek erotyczny oraz kilka przekleństw!
Zanim, drogi czytelniku, zaczniesz czytać poniższą partówkę, zapoznaj się z Wywiadem, który odnajdziesz w zakładce autorskie.

“And when all the fires burn
When everything is overturning
There's no thing that I won’t go through
Even if I have to die for you.”

— Zacznijmy jeszcze raz.
Usłyszałem obok siebie znużony, jednocześnie zdeterminowany głos Kaori i coś mocno ścisnęło mnie w dołku. Maya rozpaczliwie potarła zmęczone skronie. Stałem, plecami opierając się o zimną ścianę i zamglonym wzrokiem przyglądałem się siedzącej przy małym stoliczku blondynce. Miała duże, orzechowe oczy, długie włosy zebrane w dwie kitki na dole i figlarny uśmiech, który po pierwszych dwóch godzinach bezsensownych rozmów, zamienił się w pulsującą na czole żyłkę. W tej klitce tkwiliśmy od samego rana, przesłuchując podesłane nam przez ministra osoby, które kiedykolwiek miały styczność z Bogami. Ostatnia — Tsunade — różniła się tylko tym, iż była dawną współpracownicą Shimury, a odnalezienie jej zajęło mu parę długich tygodni. Nasza policja, za pozwoleniem władz, schwytała ją na jednej z dubajskich plaż. Dowiedziawszy się o tym żałowałem, iż to nie mnie wysłali w tak egzotyczną misję.
Odchyliła się na krześle, wydając z siebie ciche westchnienie, jak gdyby przeczuwała, że i tak zostanie osadzona w areszcie, nie ważne, co powie. Czułem bijący od niej bunt, chociaż całkiem dobrze współpracowała, pomijając głuchą ciszę zamiast odpowiedzi na niektóre, może zbyt osobiste pytania. Problem w tym, że nie my je wymyślaliśmy. Kaori dostała gotową listę do wypełnienia i zerkając przez jej ramię, widziałem mnóstwo pustych podpunktów.
— Nie jesteś Bogiem. — Zabrałem głos, uprzednio odchrząkując.
Przewróciła oczami, podbródek podpierając ręką. Spojrzała gdzieś w bok, na ścianę, jakby właśnie sobie coś przypomniała. Wymieniłem porozumiewawcze spojrzenie z Okanao, która tylko wzruszyła ramionami.
— To chyba oczywiste — szepnęła. — Żaden bóg nie pozwoli zamknąć się w klatce z bandą błaznów.
— Miło, że nazywamy rzeczy po imieniu — wypaliłem ku jej zaskoczeniu.
Jeśli myślała, że którekolwiek z nas ochoczo wykonuje polecenia Danzou i wspiera go we wszystkich działaniach, myliła się. Od kiedy służby zainteresowały się naszymi rodzinami, nie mieliśmy żadnego wyjścia, poza ślepym wykonywaniem rozkazów, przytakiwaniem każdemu okrutnemu planowi i szemraniem między sobą, jak bardzo znienawidziliśmy bycie dobrymi.
Uśmiechnęła się przelotnie, a w jej oczach pojawił się jakiś dziwny błysk, potem przygryzła dolną wargę, pewnie zastanawiając się, ile jeszcze może nam powiedzieć. Przeszedłem parę kroków, podsunąłem sobie krzesło i usiadłem na nim okrakiem, zaciskając palce na oparciu.
— Było ich naprawdę wielu, ale do końca szkolenia dotrwała może dwudziestka. Setki dzieci przelewały się przez nasz ośrodek. Małe, wychudzone, głodne sieroty z nadzieją w oczach i niewyobrażalnym chłodem w sercach. Ich rozczarowanie, kiedy zamiast miski zupy dostawały pistolet. — Pokręciła głową, marszcząc brwi. — Mordercze treningi, spartańskie warunki, intrygi każdy przeciw każdemu. Dopiero potem sprowadzano bliźniaków. Zmieniły się metody, podejście, ale nie wiem, czy było lepiej. Tylko tyle, że cierpienie przekładało się na dwoje, dlatego ta więź między nimi jest tak silna.
— C-co dalej? — zająknęła się Mayako.
Wiedziałem, o czym myślała. Jednym z takowych eksperymentów była właśnie Yakiimo — dziewczyna, którą Okanao cudem nakłoniła do wejścia w szeregi tajnej organizacji. Cały problem polegał na tym, iż nikt nie przypuszczał, jak poważne konsekwencje może mieć ten niewinny krok.
— Zostałam opiekunem jednej z par. Leczyłam ich, rozmawiałam, dostarczałam broń, ubrania. Byłam dla nich… matką. — Zaśmiała się głucho. — Kochałam tamtą dwójkę. Oni byli niesamowici — powiedziała z nieukrywaną dumą.
Fukao głośno wypuściła powietrze z ust, skrobiąc coś w swoim notatniku. Zastanawiałem się po co jej te wszystkie dane i wzmianki o Bogach; raczej z dnia na dzień nie przeszła na stronę ministra. Zaczynałem podejrzewać, że wszczęła prywatne śledztwo, dotyczące przeszłości Inami oraz Danzou, ale wolałem nie pytać, póki sama czegoś nie zdradzi.
— Czy pamiętasz, co to była za para? — Ze zmęczeniem potarłem kark, krzywiąc się przy tym.
— Oh, tak — szepnęła, pochylając się w moją stronę. — Zostali stworzeni, by eliminować wszelkie zagrożenie i byli w tym najlepsi. Nie potrzebowali siebie nawzajem, chociaż zawsze działali we dwójkę. Ona wierzyła w dobre intencje ministra, z rozkoszą wykonywała jego polecenia, chroniła najbliższych, zabijając wskazane jej zło… Ale on… On szybko stał się ucieleśnieniem tego zła. Niech prawdziwi bogowie mają w opiece tego, kto ich znieważy. — Zaśmiała się już znacznie głośniej.
Niewyobrażalne napięcie rozprzestrzeniło się po pomieszczeniu. Miałem wrażenie, że atmosferę wokół nas można było kroić nożem; powoli zmierzaliśmy do punktu wyjścia i przeczucie podpowiadało mi, iż cała rozmowa nie zakończy się w miły sposób. Oczami wyobraźni widziałem, jak kobieta zostaje brutalnie stąd wyprowadzona, albo jak dowiadujemy się coraz to okropniejszej prawdy o człowieku, dla którego pracujemy.
— Znieważy kogo? — Mayako przysunęła się do mojego prawego ramienia, pytająco unosząc brew. Zawsze w porę czytała mi w myślach.
— Moje dzieci. Rodzinę Inami.
Chytry uśmieszek pojawił się na jej pełnych wargach. Kaori upuściła długopis, kiedy Maya głośno wciągnęła powietrze do płuc. Za to ja odruchowo napiąłem wszystkie mięśnie, a przez moje ciało przebiegł niekontrolowany dreszcz. Przez chwilę nie byłem w stanie usłyszeć własnych myśli; cichy głosik maniakalnie powtarzał Inami, Inami, Inami, aż udało mi się otrząsnąć, głównie za sprawą otwieranych drzwi. Neji w towarzystwie dwóch policjantów, bez ogródek wparowało do środka. Podczas gdy Hyuuga stał w wejściu, tamci pochwycili kobietę pod ramiona, założyli jej kajdanki i zaczęli odciągać w kierunku wąskiego korytarza.
— Jeszcze nie skończyliśmy! — warknęła Fukao, zaciskając dłonie w pięści.
Odkąd Kiba po próbie samobójczej trafił do szpitala, odnosiła się do Nejiego wrogo i z nieukrywaną niechęcią tłumaczyła nam, że przyczynił się do radykalnego kroku Inuzuki. Zapobiegawczo wstałem, po czym położyłem jej dłoń na ramieniu. Nie było sensu wdawać się w słowne utarczki. Jeśli przyszli dopiero teraz, musieli mieć znacznie ważniejszy powód niż przesłuchanie kobiety, która niewiele wniosła do naszego śledztwa.
— W porządku — mruknęła pod nosem Fukao, zwieszając głowę.
Mayako posłała jej współczujący, ciepły uśmiech, który zostawiała tylko na najbardziej nieprzyjemne sytuacje. Hyuuga ostentacyjnie przewrócił oczami; przy nim czułem się, niczym rozkapryszone dziecko, żądające zdecydowanie zbyt wiele.
— Danzou oczekuje was w sali. — Niedbale wzruszył ramionami. Odwrócił się do nas tyłem i wymaszerował, znikając gdzieś za rogiem.
— Ona wie coś, czego nie chce nam powiedzieć — szepnęła Kaori, przygryzając opuszkę palca. — Czuję to.
— Jasne, w końcu ma wiele do stracenia. — Zabrałem jej notes z rąk na co nie zaprotestowała. Przekartkowałem go dokładnie, ale poza kilkoma luźnymi zdaniami, sugestiami i pytaniami, nie znalazłem nic godnego zainteresowania.
— Shimura nie może jej wsadzić za niewinność — obruszyła się Maya.
— On może wszystko, May. Właśnie dlatego walka z nim, to strzał w kolano — rzuciłem oschle.
— Z góry zakładasz najgorsze — fuknęła, nerwowym gestem odgarniając grzywkę z oczu.
— Najgorsze? — Pytająco uniosłem brew. — Jestem ze sobą szczery, okay? Ten facet miał moc, żeby zabić Boginię, szefa japońskiej mafii i nadal utrzymać się na szczycie. Myślisz, że co zrobi nam, kiedy go zdradzimy?
— Więc nie zamierzasz się stawiać? — Skrzyżowała ramiona na piersi, taksując mnie wyzywającym spojrzeniem. Chyba przegapiłem moment, w którym moja mała przyjaciółka stała się niebezpiecznym żołnierzem.
— Podziękujmy Hinacie. — Usłyszałem cichy głos za plecami.
— To nie jej wina. Po prostu dostrzegam ciemne strony naszego rodzącego się buntu. Każdy ma rodzinę, dam sobie rękę uciąć, że dobierze się do naszych bliskich, jeśli się postawimy.
— Nie jej wina? A niby czyja? Jeszcze kilka tygodni temu otwarcie nazywałeś go mordercą, nieważne kto pojawiał się na naradach. Teraz zamiast z nami, uczysz tamtą… sukę, jak się bronić. — Okanao postąpiła krok do przodu, tupiąc nogą.
Słyszałem jej drżący od nadmiaru emocji głos i nieprzyjemnie poczucie winy wgryzło się we mnie, uniemożliwiając wypowiedzenie czegokolwiek. Byliśmy razem od zawsze. Po stracie Kakashiego siłą przyciągnąłem ją do swojego mieszkania, wziąłem wolne na dwa tygodnie, każdego dnia stając na głowie, by przywrócić Mayako taką, jaką znałem. Gotowałem wykwintne obiady o dziwnych nazwach i obrzydliwym smaku, zapraszałem na filmowe maratony albo zwyczajnie podsuwałem jej pod nos kieliszek wina, samemu racząc się szkocką. I tak jakoś wyszło, że pewnego wieczoru opowiedziała mi o ich znajomości z Hatake; potrzebowała wyrzucić z siebie te wszystkie miłe wspomnienia, zastąpić je pustką lepszą niż nadzieje, że jeszcze się zobaczą. Siedziałem, słuchałem, piłem, aż w końcu odważyłem się zacząć temat Yakiimo. Od tamtej pory zachowywała się, jakbym pomagając Hinacie, zdradzał Inami. Najgorsze, że dokładnie tak się czułem. Popadłem w paranoję, że każdy mój krok jest śledzony, że ona żyje i patrzy na to, co robię.
Podrapałem się po karku, posyłając jej znaczące spojrzenie. Wyprostowała się niczym struna, chyba rozumiejąc, że trochę przesadziła w swoich oskarżeniach, ale mimo wszystko, nie mógłbym tego otwarcie powiedzieć. Spuściła wzrok na dół, przygryzła dolną wargę i biła się z myślami.
— Chodźmy, zanim dołoży nam kolejny nocny patrol po Tokio. — Zarządziłem.
— Jasne — wydusiła z siebie May.
Kaori odetchnęła z nieukrywaną ulgą. Pewnie spodziewała się, że będziemy dalej drzeć ze sobą koty, przy okazji ją w to wciągając, ale osobiście preferowałem zawieszenie broni. Przynajmniej do czasu, aż Mayako znowu zobaczy mnie w towarzystwie nowego członka Legionu — Hinaty.


<<>>


— Moi ludzie zarejestrowali śmigłowiec zmierzający na zachód. W żaden sposób nie mogli połączyć się z kabiną pilota, więc wnioskujemy, że to albo przemytnicy, co jest stosunkowo wątpliwe, albo Bogowie. — Neji odchrząknął nieznacznie, wpatrując się w siedzącego u szczytu stołu ministra.
Ten patrzył na plik znajdujących się przed nim raportów, stukając przy tym długopisem o blat. Milczał, jakby zastanawiając się, czy podjąć temat Bogów, czy lepiej zrugać swojego najbliższego pracownika za zbyt późne informowanie go. Mój wzrok spoczął na multimedialnej tablicy wyświetlającej mapę świata wraz z pogrubionymi miastami, w których Danzou udało się namierzyć Bogów; niemal wszystkie stolice były zaznaczone na czerwono, a kolor ten oznaczał całkowite wyeliminowanie zagrożenia. Przez chwilę poczułem nieprzyjemne mrowienie w okolicach kręgosłupa. Było mi szkoda wszystkich tych ludzi, którzy po tragicznym dzieciństwie zaczęli od nowa, a potem zostali zamordowani przez człowieka, któremu służyli. Danzou nie miał jakichkolwiek sentymentów, co do chroniących go wcześniej dzieci. Powieka nawet mu nie drgnęła, gdy trzy dni temu jego wywiad doniósł o kobiecie z niezwykłymi zdolnościami. Kazał ją zastrzelić, po czym machnął ręką, dalej wracając do przeprowadzania z nami wykładu. Każda taka lekcja miała uczynić z nas doskonałych wojowników, znających Bogów od podszewki. Czasami zastanawiałem się, czy Shimura przemyślał kwestię ewolucji. Zmienialiśmy się w najmniejszej sekundzie, zdobywaliśmy nowe informacje, sprzęt, doświadczenie, więc dlaczego nadnaturalni wciąż pozostawali dla niego tacy sami? Dlaczego zachowywał się, jak gdyby nadal byli stworzonymi przez niego eksperymentami, a nie rozwijającymi się ludźmi? Miałem ochotę pociągnąć go za język.
— Tak, wiem o tym.
Wszyscy unieśliśmy na niego zaskoczone spojrzenia. Madara prychnął pod nosem, cicho się śmiejąc. Wiedziałem, co sobie wówczas pomyślał: przed Danzou nic się nie ukryje. Sam przecząco pokręciłem głową, patrząc na blat stołu. Instynktownie poczułem, jak Hinata wpatruje się we mnie tymi lawendowymi oczyma. Tylko obecność wciąż zdegustowanej Mayako sprawiała, że uparcie opuszczałem głowę.
Pstryknął palcami, a wtedy obraz zmienił się na znacznie bardziej rozmazany. Czarny śmigłowiec na tle porannego, szarego nieba, był dobrze widoczny, gorzej jeśli chodzi o znajdujących się w środku ludzi. Dla dobra Danzou nie zamknęli kabiny, więc widziałem wysokiego mężczyznę o rudych włosach, ubranego w ciemny płaszcz oraz leżący przy jego nodze, misternie oklejony pakunek. Wzdrygnąłem się odruchowo.
— Jak mniemam poznajecie. — Uśmiechnął się półgębkiem.
Wstał, przeszedł kilka metrów i stanął bokiem do tablicy, przypatrując się fotografii. Potem palcem wskazał na maszynę.
— Yahiko Inami. Wszędzie rozpoznam ten kolor — odparł z nieukrywaną dumą.
— Dlaczego pan ich nie zatrzymał? — Hinata odezwała się nieśmiało, przygryzając skuwkę długopisu. Musiałem przyznać, że ten gest był dziwnie kuszący i zarazem niepokojący.
— W powietrzu? Mając go za przeciwnika? Tylko głupiec porwałby się na coś takiego. Poza tym, doskonale znam cel i przyczynę ich podróży. — Wsunął dłonie do kieszeni, uśmiechnął się do lewego profilu swojego byłego ucznia, by następnie przesunąć po nas wzrokiem. — Bogowie wybierają się do Egiptu.
Cichy szmer rozszedł się po stronie, gdzie siedziały dziewczyny. Kaori z niezrozumieniem zerknęła mi w oczy, chyba licząc, że zabiorę głos w tej sprawie. Jednak gdy otwierałem buzię, żeby wyrazić całą masę wątpliwości, Danzou mnie uprzedził.
— Po co wrogowie Japonii mieliby udać się na zupełnie inny kontynent, skoro przeciwników mają pod nosem? Może werbują kolejnych nadnaturalnych? Może uciekają? — Zaśmiał się ochryple. — Historia Bogów jest równie długa, co skomplikowana. Na początku odznaczali się wyższą inteligencją, wytrzymałością, a każde z nich miało lepiej rozwinięty jeden zmysł. Na tym koniec, żadnych sztuczek. Dopiero z biegiem lat odkryłem, że w skrajnych sytuacjach, szczególnie jeśli są zdani sami na siebie, manipulują przestrzenią, żywiołami, własnym organizmem. To był zupełny przypadek. Poddałem treningowi pewnego siedmiolatka, który bojąc się przegranej sprawił, że woda rozsadziła zbiornik i… poddała się mu. Niesamowity, a zarazem przerażający widok. By uwolnić potencjał innych wysyłałem ich na misje w nieprzyjazne tereny, bez picia, jedzenia, towarzystwa. Niektórzy nigdy nie wrócili. — Znów pstryknął palcami, przywracając nienaruszoną mapę świata.
— Co to ma wspólnego z Egiptem? — Neji wydawał się bardziej znudzony, niż przez poprzednie dwanaście spotkań.
— Kilkanaście lat temu wysłałem tam Yakiimo. Chciałem, żeby wykradła dla mnie pewną księgę, nie była mi potrzebna, ale to zadanie nauczyło ją więcej, niż bym chciał. Od tamtego czasu jest Boginią… A przynajmniej była — dodał pod nosem.
Moje pięści zacisnęły się automatycznie, podobnie jak usta Sasuke. Musiałem przyznać, że od pewnego czasu wiódł prym buntownika w naszej grupie. Nie udzielał Shimurze prostych odpowiedzi, zawsze pozostawiał luki w wykonanym przez siebie zadaniu albo otwarcie mówił to, co myślał. Mimo to, wpływy sławnego rodu Uchiha chroniły go na tyle, że Danzou nie ośmielił się go zdegradować czy pozbyć w mniej przyjemny sposób.
— Podejrzewam, że Yahiko przemycił tam jej ciało.
Zapadła głucha cisza. Zmarszczyłem brwi, przez sekundę zastanawiając się, czy te spotkania na pewno dobrze na mnie wpływają. Danzou robił nam niesamowity mętlik w głowach, opowiadając o rzeczach, które jeszcze kilka miesięcy temu uznałbym za bajeczki dla dzieci.
— Tylko po co? — Mayako zakręciła kosmyk włosów na palcu; wyglądała, jakby mówiła sama do siebie.
— Znajdzie miejsce, w którym zdobyła swoje zdolności, zaniesie ją tam i spróbuje wydobyć z niej to, co najlepsze. Potem przejmie jej umiejętności, stając się Bogiem doskonałym. — Dłonie ułożył na blacie, opierając się na nich. Patrzył na nas wyczekująco. — Część z was spróbuje zabrać ją, zanim będzie za późno. Kapitanie?
Kurwa.
— Tak? — Odwróciłem twarz ku niemu.
— Poprowadzisz tę misję. Wraz z tobą do Egiptu uda się także pani Okanao. To nie pierwsza pustynia, którą zobaczysz, prawda?
— Prawda — burknęła Maya.
— Przyda wam się też dobry tłumacz i mediator. Hinata, potowarzyszysz panu Uzumakiemu. Na dokładkę pan Uchiha.
— No, braciszku, miłego lotu. — Sasuke parsknął, klepiąc skonsternowanego Itachiego po plecach.
— Mówiłem o tobie, Sasuke. Itachi oraz Hoshi spróbują namierzyć firmę, która dostarczyła Bogom śmigłowiec. Muszę wiedzieć jaki sprzęt udało im się zdobyć. Pani Fukao poprowadzi misję kapitana z zewnątrz, pozostaniesz z nimi w stałym kontakcie, wspierać cię będzie Madara. To wszystko, co mam wam do powiedzenia. — Ekran za nim błyskawicznie zgasł, zaś jego spojrzenie stało się dziwnie zimne, nieprzejednane.
— Co z Yakiimo? — zagadnąłem.
— Sprowadźcie ją do mnie. Daje wam dzień na spakowanie. Liczę na was, żołnierze! — krzyknął, niczym rasowy lider, zagrzewający do walki.
— Tak jest. — Ja i Hinata odezwaliśmy się równocześnie, podczas gdy Sasuke niemal wychodził, a Mayako ignorowała cały świat.
Wtedy dotarło do mnie, jak bardzo samobójcze jest to zadanie. Czwórka niedogadujących się ze sobą ludzi, przeciwko nieznanemu wrogowi. Troje z nas potrafiło dobrze walczyć, jednak Hinata mogła nas jedynie spowalniać. W tej sytuacji jej jedynym atutem była inteligencja. Być może Bogowie rozszarpią nas przy pierwszym spotkaniu. Być może zginiemy na środku pustyni albo dopadnie nas banda terrorystów. Być może to ostatni raz, kiedy cieszę się długimi, jesiennymi wieczorami i ostatni raz, kiedy — jeśli się uda — zobaczę Yakiimo. Przekonam się, co naprawdę zrobił jej minister, dlaczego Yahiko najwidoczniej nie odstępuje od ciała siostry, czemu to wszystko musi być tak cholernie trudne i niepewne. Głośno przełknąłem ślinę, czując zimne palce Hinaty na moim ramieniu.
— Damy sobie radę — szepnęła wprost do mojego ucha.
Te trzy słowa pozwoliły mi uwierzyć, spakować się, zabrać broń, po raz kolejny włożyć tarczę na ramię. Ale nie sprawiły, żebym z dnia na dzień dowiedział się, jak pokonać samych Bogów.


<<>>


Zacznijmy od tego, że z małym opóźnieniem i pewnymi komplikacjami, cudem wylądowaliśmy na środku pustyni, po tym jak spotkała nas wyjątkowo nieciekawa burza piaskowa. Od kilku godzin podziwiałem wrak śmigłowca, martwego pilota wciśniętego między szybę a siedzenie, i Mayako, która — jak na żołnierza przystało — próbowała ratować wszystkie najpotrzebniejsze rzeczy, szczególnie wodę oraz suchy prowiant. Co chwila nad naszymi głowami pojawiały się jakieś gigantyczne ptaki, jakby czekały aż piasek w zupełności nas pochłonie. Sasuke starał się złapać jakąkolwiek łączność ze światem, wspinając na coraz to większe wydmy, zaś milcząca Hinata siedziała przy moim ramieniu, nerwowo skubiąc krawędź białej koszulki.
Czułem, jak cały ten pot i brud przykleiły mi się do ciała, więc powoli zacząłem marzyć o przyjemnej kąpieli albo jakiejś oazie z małym stawem. Przeczesałem włosy, podniosłem się z ziemi, oznajmiając to reszcie głośnym strzyknięciem kości, po czym wszedłem do wnętrza maszyny, gdzie Mayako grzebała w naszych torbach, przepakowując sprzęt do plecaków. Robiła to wściekle; niedbale wrzucała rzeczy, szarpała suwaki, gwałtownie poprawiała opadającą na oczy grzywkę.
— Co z tobą? — Oparłem się o próg i popatrzyłem z góry na jej plecy.
Nie odezwała się dłuższą chwilę, ale dla własnego bezpieczeństwa wolałem nie pytać po raz drugi. Mayako miała to do siebie, że czasami nie należało jej drażnić, a ów czasami nadeszło właśnie dzisiaj, w Egipcie, na środku piekła.
— To nie był przypadek — odpowiedziała w końcu, chociaż miałem nieodparte wrażenie, iż bardziej mówiła do siebie; ja nadal pozostawałem w sferze ignorancji.
— Jaśniej?
Poderwała się tak nagle, że odruchowo stanąłem na baczność. Na szczęście w dłoni trzymała tylko jakiś kawałek materiału, chyba bandaż, ale kto wie, co byłaby w stanie tym zrobić, gdyby naprawdę chciała. Na jej twarzy wymalował się gniew, a oczy płonęły niesamowitym zapałem. Zmarszczyła brwi, przez co wyglądała na znacznie starszą niż w rzeczywistości, a potem podeszła do mnie i przycisnęła mi materiał do torsu. Pewnie miało to imitować uderzenie, jednak nie ośmieliłem się przewrócić oczami.
— Oni wiedzą, rozumiesz?! — warknęła. — Przed wylotem razem z Hoshi dokładnie sprawdziłam pogodę i wszelkie anomalie. Niebo było czyste, i nagle, ni z tego, ni z owego, burza piaskowa! Musisz być naprawdę tępy, żeby nie domyślić się, kto i po co ją wywołał — syknęła przez zaciśnięte zęby.
— Przesadzasz. Bogowie są skupieni na uciekaniu, nie zabijaniu nas. — Wzruszyłem ramionami.
Szturchnęła mnie w ramię, wydając z siebie dźwięk na wzór warknięcia.
— Co byś zrobił, żeby spowolnić pościg? Oni nie zbudują dla nas trasy wprost do swojej kryjówki. Będą utrudniać nam każdy krok — mówiła podniesionym tonem, dokładnie podkreślając każde słowo.
— Więc mamy się wycofać, tak?
— Oczywiście, że nie. Danzou dobrałby się nam do skóry, zanim zdążylibyśmy mu się wytłumaczyć. — Ze zrezygnowaniem pokręciła głową. — Ale nie zmienia to faktu, że Bogowie czekają.
Odwróciła się na pięcie, wymijając mnie szybko i wtedy poczułem ten nienaturalny chłód i zdenerwowanie z jej strony. Mayako nie po raz pierwszy uczestniczyła w trudnej misji, ale po raz pierwszy, od bardzo dawna, zaczęła się wahać, może nawet bać. Żadne z nas nie potrafiło przewidzieć, co się wydarzy, kto nas zaatakuje i z jaką siłą. Siedzieliśmy na przysłowiowej bombie, licząc sekundy w nadziei, że akurat w tym momencie los będzie nam sprzyjał.
Okanao wcisnęła w ręce Hinaty przeładowany plecak, obrzucając dziewczynę gardzącym spojrzeniem i udała się w stronę Sasuke. Jeśli właśnie tam miała wyglądać współpraca, równie dobrze moglibyśmy spróbować skontaktować się z Danzou i powiedzieć, że zawiedliśmy. Hinata uśmiechnęła się do mnie pocieszająco, odpowiedziałem jej dokładnie tym samym; ona jedna stała po mojej stronie. Oboje podeszliśmy do pozostałej dwójki, która pochylała się nad mapą, próbując ustalić, jak daleko od szlaku jesteśmy.
— Tędy przechodzą karawany, wczesnym rankiem i o zachodzie słońca. Jeśli się pospieszymy, powinniśmy na nich trafić. — Mayako przygryzła opuszkę kciuka.
— To miała być tajna misja — wtrąciła Hinata.
— Nie zamierzam umrzeć tu z głodu czy pragnienia, a to się stanie, jeśli nie odnajdziemy drogi — burknął Sasuke, nie odrywając oczu od pokaźnego kawałka papieru. — Poza tym, może słyszeli coś o Bogach.
— W takim razie, ruszajmy. — Poprawiłem plecak, przywiązałem do jednej ze szlufek wojskową kurtkę i zerknąłem na wszystkich wyczekująco. — Od traktu dzieli nas jakieś piętnaście kilometrów, dochodzi czternasta, nie ma na co czekać.
— Wreszcie gadasz do rzeczy — powiedziała Maya, ale w jej tonie nadal nie wyczuwałem krzty wesołości czy zrozumienia.
Maszerowaliśmy jeden za drugim, tak długo, że moje barki nieprzyjemnie piekły, zaś łydki — od wspinania się na wydmy — rytmicznie pulsowały. Zamykałem szereg, dostrzegając, jak Hinata coraz bardziej zwalnia kroku, natomiast Mayako i Sasuke od czasu do czasu klęli pod nosem albo sprawdzali mapę. Sam miałem dość gorąca, temperatura zdawała się w ogóle nie spadać, słońca nie zakryła nawet najmniejsza chmurka. Wszyscy zarzuciliśmy na głowy jakieś nakrycia, ale na niewiele się to zdało. W tej walce staliśmy na przegranej pozycji, i tylko modliłem się o skrawek cienia, w którym moglibyśmy odpocząć. Co gorsza, presja czasu nie pozwalała nam na jakikolwiek postój; sam, będąc wyćwiczonym do takich zadań żołnierzem, słaniałem się na nogach.
Kilka minut później, Hinata niedbałym ruchem zrzuciła z pleców bagaż i padła na kolana, ciężko dysząc. Doskoczyłem do niej, natomiast Mayako odwróciła się do nas leniwie, podobnie, jak Sasuke. Wyglądali, jakby czekali, aż będziemy mogli iść dalej. Problem w tym, że nie mogliśmy.
— Nie dam rady — wysapała dziewczyna, odchylając się do tyłu.
Barkiem opadła na moje ramię, zesztywniała od razu, ale nie odsunęła się. W miejscu, gdzie stykała się nasza rozgrzana skóra, poczułem przyjemny prąd. Okanao ostentacyjnie mlasnęła i sięgnęła po bukłak z wodą, po czym rzuciła go w moją stronę. Łapiąc go posłałem jej wściekłe spojrzenie, pod naporem którego jej mina stała się trochę łagodniejsza, jednak w sercu Mayi nadal nie było miejsca na litość wobec Hinaty. Z góry założyła, że wszyscy bliscy współpracownicy Danzou to najgorsi wrogowie; nie docierało do niej, że Hyuuga wypełniała obowiązki wobec swojej rodziny, zwłaszcza despotycznego i nader wymagającego ojca. To nie Okanao dostrzegała łzy oraz starania kobiety, tylko ja.
Wyschnięte wargi Hinaty przylgnęły do bukłaka z wodą. Piła zachłannie, nie zwracając uwagi na wymowne spojrzenie Sasuke. Potem gwałtownym ruchem otarła twarz z potu, mrużąc oczy.
— Musisz — powiedziałem, zarzucając sobie jej plecak na drugie ramię.
Nie zaprotestowała, jedynie uśmiechnęła się do mnie z wdzięcznością, po czym wstała i wysunęła się przed szereg. Sasuke mozolnie ruszył w ślad za nią, natomiast Mayako zrównała się ze mną krokiem. Czułem, że znowu ma mi coś bardzo ważnego do przekazania.
— To twój wybór — oznajmiła tak nagle, że na chwilę przystanąłem.
Patrzyła na plecak Hinaty, lecz doskonale wiedziałem, że nie to chodziło jej po głowie. Zmarszczyłem brwi, na co przewróciła oczami.
— Byliśmy razem od dzieciaka, więc na pewno nadal będę cię kochać, ale nie zawsze stanę po twojej stronie. — Odgarnęła lepiące się do czoła włosy. — Mam wrażenie, że ona cię zmienia, izoluje, pokazuje ten cały wyidealizowany świat Shimury.
Zaśmiałem się na widok jej zmartwionej miny. Spędzanie czasu z kimś zupełnie mi obcym, znajdującym się po drugiej stronie barykady, nie miało dla mnie głębszego znaczenia. Hinata — mimo powiązań z Danzou — była miłą, inteligentną dziewczyną, która lubiła tą samą kuchnię i te same książki, co ja. Dostarczała mi cennych informacji o przebiegu działań ministra, w zamian oczekując pomocy przy nauce samoobrony, a że wielokrotnie szkoliłem rekrutów, nauka szła nam łatwo i przyjemnie. W dodatku była raczej spokojna, racjonalna i pokojowo nastawiona do każdego.
— Jest inna — dodała Mayako po długich sekundach wahania.
— Bo zajęła miejsce Yakiimo, chociaż wcale jej nie przypomina? — odparowałem.
Nie wiem skąd pojawiła się złość w moim głosie, ale miałem serdecznie dość upatrywania problemów w najmniej winnej osobie. Cała ta ciężka, dusząca mnie atmosfera pojawiła się zaraz po śmierci Yakiimo, kiedy nikt nie ośmielił się wspomnieć o niej słowem, szczególnie przy załamanym Kibie. Potajemnie zrzucaliśmy na siebie brzemię jej losu, podczas gdy, to właśnie ona samodzielnie wpakowała się we wszystkie znane nam gówna. Hidan, Kakuzu, pozostałe szemrane towarzystwo, morderstwa, ucieczki, dożywocie, aż w końcu zakończona fiaskiem próba odwetu. Im dalej zagłębiałem się w życiorys tej kobiety, tym bardziej zdawałem sobie sprawę, iż z nią naprawdę było coś nie tak. Ciągle potrzebowała wrażeń, adrenaliny, pokazywania swojej siły, jednocześnie maniakalnie chroniła członków przybranej rodziny, jakby miała wszczepiony jakiś obcy dla nas gen.
Zacisnąłem pięści, powstrzymując się od okrutnej fali słów.
— Nie o to chodzi — warknęła, przyspieszając kroku.
Oj, nie, tym razem nie uciekniesz, pomyślałem.
— Faktycznie nie o to. — Parsknąłem. — Może powinna dać ci w mordę, rzucić się na ministra i pokazać wszystkim środkowy palec? Wtedy byłoby okey.
— Nie mów tak. To nie Yakiimo — syknęła.
— Nie ona? Błagam cię, przestań robić z niej bohaterkę i męczennicę. Wystarczy, że mianowała się Bogiem. — Z litością pokręciłem głową.
— Sama czy raczej przyjaciel twojej Hinaty to zrobił? — Splotła ramiona na piersi, zerkając na mnie wyzywająco.
I w chwili, kiedy mieliśmy przed sobą jeszcze jakieś mosty, kiedy za kilka godzin zaczęlibyśmy normalnie rozmawiać, śmiać się, działać razem, wypaliłem:
— Masz rację, jest moja, a ty się w końcu odpierdol, Mayako.


<<>>


Nie odezwała się do mnie przez resztę drogi, ani nawet wtedy, gdy połowa karawany groziła nam bogato zdobionymi nożami, ani gdy uprzejma para staruszków zaprosiła nas do swojego obszernego wozu na kolację. Na szczęście świetnie posługiwali się angielskim, toteż wspólnie — to jest ja i Hinata, bo Sasuke zdawał się być równie obrażonym, co Okanao — okłamaliśmy ich, że jesteśmy tylko samozwańczymi turystami, którzy nie posłuchali przewodnika i skończyli na pustyni.
Stare małżeństwo mieszkało w jakiejś oddalonej od cywilizacji wiosce nad osadą, do której zmierzali. Pozwoliłem sobie na krótką fascynację ich spokojnym życiem urozmaiconym podróżami między miastami, zbieraniem daktyli i zajmowaniem się domem. Zaprosili nas do siebie na nocleg,  który zresztą ochoczo przyjęliśmy. Potem opowiedziałem im o burzy piaskowej; właściwie ograniczyłem się tylko do słów widzieliśmy ją z daleka. Wyglądali na nieco zdziwionych, aż w końcu oboje zaśmiali się i kobieta — Asma — odparła:
— Pustynia musi się na was gniewać.
Maya prychnęła w kącie, ale brzmiało to bardziej zwycięsko niż ironicznie. Hinata podkuliła nogi, oparła podbródek na kolanach i z pół przymkniętymi powiekami wsłuchiwała się w rytmiczne skrzypienie wozu. Uchiha natomiast siedział ze świecą w dłoni, przeglądając jakieś dokumenty. Zupełnie nie przejmował się tym, że były to tajne, wojskowe akta.
— Już drugi raz w ciągu tygodnia mamy gości — mruknął wesoło staruszek Gazi. Jego ciemne oczy zaiskrzyły się w świetle ognia. — Poprzedni byli bardziej interesujący. Zjawili się w wiosce nocą i zapukali do naszego domu, prosząc o schronienie. Moja żona ma dobre serce, nie umiała im odmówić, chociaż nieco się przestraszyłem, kiedy jeden z nich wniósł na rękach nieprzytomną dziewczynę.
Wóz najechał na kamień, więc wszyscy podskoczyliśmy, chociaż wydawało mi się, że to moje nieruchome serce wykonało gwałtowny obrót i zaczęło bić ze zdwojoną siłą. Nawet Sasuke oderwał się od kartek, wymieniające ze mną porozumiewawcze spojrzenia.
— Kim byli? — zapytał bezpośrednio, siląc się na uprzejmy ton.
— Oh, nie podali swoich imion, ale powiedzieli, że możemy liczyć na ich przychylność. Naprawdę dziwnie wyglądali, tak nienaturalnie, majestatycznie. A ta nieprzytomna dziewczyna, biedulka. Mówili, że tylko pustynia może ją obudzić.  
— Nasz sąsiad nazwał ich bogami. Przesądny głupiec — zaśmiał się staruszek.
— Ilu ich było? — wyrwało mi się.
Małżeństwo spojrzało na mnie podejrzliwie, potem zerknęli na siebie i znowu wlepili swoje brązowe oczy w moją osobę. Poczułem zimny pot na karku.
— No dobra, wy młodzi, gadajcie. Żadni z was turyści. — Gazi uniósł jedną brew.
Odchrząknąłem dość niezdarnie, obiecując sobie, że po powrocie do Japonii pójdę na przyspieszony kurs wychodzenia z bagna obronną ręką. Albo chociaż nauczę się wiarygodnie kłamać.
— Informacje za informacje. — Sasuke wzruszył ramionami. Od kiedy stał się tak otwarty na nieznajomych? — Działamy z rozkazu ministra Shimury, jesteśmy z Tokio i prawdopodobnie ścigamy ludzi, o których mówicie, a teraz, za pozwoleniem — usłyszałem kliknięcie odbezpieczonego pistoletu, zdławiony okrzyk staruszki i siarczyste przekleństwo w ustach Mayako — co powiecie o waszych gościach?
— Uchiha — syknąłem przez zaciśnięte zęby.
— Daj mi pracować, Uzumaki.
Skurwysyn nawet na mnie nie spojrzał.
— Naprawdę niewiele, przyszli tak nagle…
— To już wiemy. — Przerwał roztrzęsionej kobiecie. — Ta nieprzytomna dziewczyna, jak wyglądała?
— Blond włosy, niska i strasznie wychudzona. Na ramionach miała narysowane jakieś dziwne znaki i pełno bandaży… tak, na nogach… Ubrali ją w białą tunikę, wykąpali i wyszli. To było wczesnym rankiem. Na stole zostawili trochę pieniędzy.
— Czemu ktoś nazwał ich bogami? — mówił melancholijnym, lodowatym tonem, który przyprawiał mnie o dreszcze. Więc tak działają najlepsi z najlepszych?
— Jego rodzina mieszka tam od pokoleń. Mówili, że kilkanaście lat temu zjawiła się tam mała dziewczynka, sama przetrwała na pustyni i potem wokół niej działy się niestworzone rzeczy. To tylko niemądre bajeczki. — Gazi zaśmiał się nerwowo.
— Okaże się — burknęła Okanao.
— Pokażecie nam swój dom, prześpimy się, trochę poszperamy i znikniemy, jasne? — Sasuke oznajmił to na tyle dobitnie, że gorliwie pokiwali głowami.
Nagle rozległo się kliknięcie. Asma zacisnęła powieki, pomarszczoną dłonią zakrywając usta, podczas gdy jej małżonek starał się ją osłonić. Jednak nic się nie wydarzyło. W mojej głowie odbił się krótki śmiech Sasuke.
— Naprawdę mają was w opiece.
Popatrzyłem na niego ze zgrozą.
— Co? — wydukała Hinata.
— Spust się zaciął. — Schował gnata za pasek spodni.
Wtedy do głowy przyszło mi zdanie, które usłyszałem od porucznika w czasie swojej pierwszej misji w Iranie.
Życie ma swoją cenę, panowie. Jeszcze dziś się o tym przekonacie.


<<>>


Znalazłem go niedaleko domu, wszędzie wokół panowała ciemność, a on wpatrywał się w horyzont, powolnymi ruchami tląc papierosa. Rękę niedbale trzymał w kieszeni i, na dźwięk moich kroków, obejrzał się delikatnie za siebie, po czym wrócił do poprzedniej pozycji. Na początku chciałem obić mu tą jego pyszałkowatą twarz, ale Hinata uświadomiła mi, że zabójstwo cywilów nie wpłynęłoby źle na Sasuke, lecz odegrałoby się na reputacji samego ministra. Gra, którą obecnie prowadził Uchiha była chora i jednocześnie imponująca.
Stanąłem obok, podziwiając kilkanaście wysokich wydm wznoszących się za drzewami pełnymi daktyli. Za nami znajdowała się mała wioska drewnianych domków, gdzie dominowały wielodzietne, ubogie rodziny. Mimo to, przywitali nas najlepszymi daniami i zaoferowali własne łóżka. Staruszkowie nawet po incydencie z bronią odnosili się do nas przyjaźnie, tylko na Sasuke reagowali wymuszoną uprzejmością, ale on niezbyt się tym przejmował. Popatrzył na mnie z ukosa, wyciągnął paczkę fajek i przysunął ją do mnie. Odmówiłem, kręcąc głową. Nie miałem ochoty na słowa, nie wiedziałem, jak powinienem się wobec niego zachować, więc czekałem, aż wykona swój ruch.
— Nadal się gniewa? — zapytał, kiwając się na piętach.
Noce tutaj były zimne. Z pustyni nadciągał nieprzyjemny, chłodny wiatr i cała ziemia zdawała się nagle zamierać, choć wszelkie stworzenia budziły się do życia; idąc omal nie nadepnąłem na skorpiona. Niebo mieniło się tysiącami gwiazd i musiałem przyznać, że nigdzie indziej nie jawiło się równie pięknie.
— Mayako — dodał, gdy nie odpowiedziałem.
— Ta. — Podrapałem się po karku.
— Boi się — rzucił, wzruszając ramionami.
— Przecież zawsze będę blisko niej. — Skrzywiłem się nieznacznie, nie do końca rozumiejąc jego słowa.
Maya od lat była częścią mojego życia; potrafiła zrozumieć mnie w każdej, nawet najgorszej sytuacji. To z nią uciekałem ze szkoły albo wymykałem się z domu na papierosa, gdy mieliśmy szesnaście lat i zupełne gówno w głowie. Pocieszała mnie i groziła dziewczynom, które mnie odrzucały. Zaśmiałem się pod nosem, przykucnąłem, po czym przyłożyłem dłoń do zimnego piasku.
— Nie o to chodzi, ćwoku — warknął zniecierpliwiony. — To ją przerasta. Strata Kakashiego, Yakiimo, próba samobójcza Kiby, a teraz widmo śmierci z ręki Bogów. Oni nie są… zwyczajni — zawahał się. — Madara mówił, że Gaara z łatwością wyrzucił go z helikoptera.
— A potem uratował — wtrąciłem.
— Skurczysyn — skwitował, pociągając nosem. — Nie wiadomo po czyjej stronie stać.
— Po tej właściwej — odpowiedziałem, na co prychnął zdegustowany.
Nie było czegoś takiego. Ani Bogowie, ani Shimura nie zajmowali miejsca tych dobrych, sprawiedliwych i niezłomnych. Danzou wykorzystywał nas, jako pionki, natomiast Yahiko coraz częściej atakował, zabijał, nawet jeńców.
— Słuchaj, Naruto — zaczął dość niepewnie. — Ta dziewczyna, Hinata, naprawdę nic do niej nie mam, ale posłuchaj starego kumpla, i uważaj, okay? Hyuuga to Hyuuga, pomagają ministrowi, nie wiadomo, co mają na sumieniu.
— Jasne — mruknąłem, niemal go zlewając.
Westchnął mrukliwie, jakby chciał powiedzieć, że zrobię, co zechcę. Potem zgasił peta butem i odchrząknął. Postaliśmy chwilę w zupełnej ciszy, następnie obaj zgodnie ruszyliśmy do domku. Sasuke spał na kocach w przedsionku, Maya na fotelu w kuchni, mi pozostawiono salon, małe pomieszczenie obok zajmowała Hinata. Przywitała nas grobowa cisza, zupełna ciemność, gdzieś z góry rozlegało się stłumione chrapanie. Wymieniliśmy ze sobą zrozpaczone spojrzenia i pożegnaliśmy się. Gdzieś za mną rozległ się dźwięk kroków.
Hinata opierała się o próg, ubrana w białą, poruszającą się pod wpływem powietrza sukienkę, sięgającą zaledwie do połowy ud. Długie włosy opadały jej na plecy, ramiona, zarumienione policzki. Nieśmiało zerkała mi prosto w oczy, wyglądała, jakby na coś czekała; zdradzały ją delikatnie rozchylone wargi, nierówno poruszająca się klatka piersiowa. Przygryzłem dolną wargę, na zmianę zaciskając i rozluźniając palce. Mimowolnie zacząłem do niej podchodzić, ona zrobiła to samo, przy czym jej ruchy pozostawały pełne gracji. I jakoś tak wyszło, że przylgnęła do mnie, pozwoliła napawać się widokiem swoich dużych, liliowych oczu, mlecznej skóry. Czułem śliski materiał pod palcami, zapach słodkich perfum. Nasze usta odnalazły się, najpierw powoli, z drżeniem, potem naparła na mnie, zacisnęła dłonie na moich barkach, głośno wypuściła powietrze przez nos. Odruchowo chwyciłem ją pod tyłkiem, a ona zaplotła swoje biodra na moich, przesunęła językiem po szyi, wywołując dreszcze. Mój oddech przyspieszył, kiedy kładłem Hinatę na niewielkiej, zielonej kanapie w kącie pokoju.
— Naruto — szepnęła, mocując się z paskiem spodni.
Pociągnąłem zębami za skórę na jej szyi, przez co wygięła się w łuk. Dłonią przesunąłem od kolana w górę, zacisnąłem palce na pośladku dziewczyny, warknąłem, gdy zsunęła moje bokserki. Całowaliśmy się, pozbywając kolejnych części garderoby, aż znalazła się pode mną zupełnie naga, z iskrami w oczach. Niepewnie przesuwała rękami po moim ciele; pozostawała krucha, niesamowicie delikatna i cholernie pociągająca. Niczym zakazany owoc.
Czubkiem języka dotknęła płatka mojego ucha. Sukcesywnie zburzała każdą postawioną przeze mnie barierę, mury wzniesione przez ostrzeżenia Mayako oraz niechęć pozostałych. Wszystkie cegiełki runęły, kiedy przylgnęła do mnie, zatapiając twarz w zagłębieniu szyi.
Naparłem na nią, napawając się jej cichym jękiem. Na początku poruszałem się powoli, zaciskając palce na oparciu, podczas gdy Hinata wiła się pode mną, paznokciami rysując ślady na moich plecach. Przyspieszyłem gwałtownie, rozkoszując się gładkim ciałem kobiety, jękami, swoim przyspieszonym oddechem, który roznosił się po całym pomieszczeniu.  
Poczułem, jak przez ciało Hinaty przeszedł niekontrolowany dreszcz, zaraz potem mimowolnie przygryzłem skórę na jej ramieniu, zaciskając powieki. Gdy uniosłem na nią wzrok nie miała tych niewinnych, liliowych oczu. Zamiast nich dostrzegałem pałającą rozpaczą szarość, po kanapie rozlewały się jasne kosmyki. Kruchą dłonią dotknęła mojego policzka i — zupełnie zbity z tropu — zamrugałem kilkakrotnie.
— Wszystko w porządku? — Hyuuga zmarszczyła brwi, przyglądając mi się badawczo.
Odsunąłem się od niej i w ciemności odszukałem swoje bokserki. Na skórze nadal czułem dotyk; nie Hinaty, tylko jej.
Cholera.
Wciągnąłem na siebie bojówki, patrząc, jak Hinata niepewnie zakłada na siebie swoją niemal przezroczystą sukienkę. Wymieniliśmy ze sobą spojrzenia, zdawało mi się, że lekko posmutniała pod wpływem mojego przedłużającego się milczenia. Nie chciałem wyjść na dupka, ale stało się coś, czego nie oczekiwałem.
Dlaczego akurat Yakiimo?
Prychnąłem pod nosem, wgapiając się w okno przede mną. Mrok zdawał się gęstnieć z każdą sekundą, widziałem ruchy za oknami, liście drzew poruszały się, przypominając ludzkie sylwetki. Podszedłem do plecaka, wyjąłem z niego niewielkie pistolet i schowałem go za paskiem. Zamiast koszulki zarzuciłem jedynie sportową bluzę z kapturem, niedbale przeczesałem włosy i — dla pewności, że mnie nie zatrzyma — odczekałem pięć sekund.
— Stanę na straży — rzuciłem, przekraczając próg.
Odpowiedziała coś, ale jej słowa zagłuszyło trzaśnięcie drewnianych drzwi.
Chłodne powietrze uderzyło w moją nagą klatkę piersiową. Poprawiłem pistolet i śmiałym krokiem ruszyłem przed siebie. Piasek szeleścił pod moimi butami, rozdzierając przejmującą ciszę.
I wtedy go zobaczyłem.
Siedział na swoim dumnie unoszącym łeb wierzchowcu, wpatrując się prosto w nasz tymczasowy dom. Nie zaatakował, nie zbliżył się, nawet nie drgnął, podobnie, jak ja, zamarł. Nie potrafiłem nawet złapać za gnata; wpatrywałem się w jego otoczoną ciemnością postać, czując potęgę, którą emanował. Zarejestrowałem drobny ruch obok siebie. Na oddzielającym nas terenie w powietrze podrywały się pojedyncze ziarnka piasku, unosząc się, trzymane dziwną siłą.
Obok niego pojawiły się dwie inne, poruszające się pieszo postacie. Kiedy oświetlił ich księżyc, zobaczyłem, iż owinięci są chroniącymi przed piaskiem szalami. W przeciwieństwie do Yahiko, zaczęli mozolnie iść w moją stronę; mogłem przysiąc, że w ręce jednej z nich połyskiwało coś srebrnego. Głośno przełknąłem ślinę. Trójka Bogów stanowiła dla nas nie lada wyzwanie. Wszystkie moje mięśnie były cholernie napięte, ale odważyłem się tylko zawrócić, wpaść do przedsionka i zacząć szarpać Sasuke za ramię. Otworzył oczy. Nie pytał; po wyrazie mojej twarzy wywnioskował zagrożenie.
— Idę po Mayę — rzucił, wypadając z pomieszczenia.
Chwilę potem usłyszałem ciche, ale napięte głosy całej trójki. Wszedłem do salonu, zabrałem z plecaka swoją tarczę i jeszcze jeden pistolet. Mayako sprawdzała snajperkę, Sasuke uzupełniał naboje do karabinu, Hinata stała zupełnie przerażona. Okanao wsunęła w jej dłonie gnata, po czym popatrzyła na mnie wyczekująco.
— Kto?
— Bogowie. Dokładnie dwójka… Właściwie trójka. — Jąkałem się.
— Właściwie? — Uchiha nie odrywał wzroku od broni.
— Yahiko jest z nimi — wypaliłem. — Musieli nas obserwować.
Mayako miała minę w stylu a nie mówiłam, ale to nie był odpowiedni czas na przekomarzania, o czym doskonale wiedziała.
— Wejdę na dach i spróbuję ich zdjąć. — Zarzuciła snajperkę na ramię, zaś włosy zebrała w niedbały kucyk. — Sasuke będzie średniodystansowym, tobie i twojej dziewczynie zostawiam zwarcie.
Okanao bardzo szybko zamieniła się w doświadczonego niejedną, trudną misją żołnierza. Kiwnąłem podbródkiem i zwróciłem się do Hinaty:
— Obudź staruszków. Znajdziesz mnie na zewnątrz, idź za budynkami, na ugiętych nogach — poleciłem.
Podałem im słuchawki, które wsadziliśmy do uszu. Dzięki temu mogliśmy się porozumiewać. Sasuke stanął w przedsionku, ja zająłem pozycję przy drzwiach, oceniając odległość. Nie było sensu bronić się w starym domu, który prędzej czy później zawaliłby się nam na głowy, jednak jakoś musieliśmy kupić sobie trochę czasu.
Maya stanęła przy moim ramieniu. Minę miała nietęgą, raczej skupioną. Nerwowo przygryzała wargę i wzdrygnęła się, gdy odruchowo położyłem jej dłoń na ramieniu, opierając się plecami o ścianę.
— Osłonię cię — zapewniłem.
Mimo wszystkich spięć, niedomówień, złości na mnie, wciąż mi ufała, ponieważ bez zastanowienia kopnęła drzwi, otwierając je na oścież, po czym wybiegła na zewnątrz, kierując się na tyły. Wcześniej zauważyliśmy tam drabinę prowadzącą wprost na płaski dach. Już w pierwszej sekundzie musiała schylić głowę i niemal na czworaka kierowała się do swojego celu. Strumień piasku uderzył w budynek sprawiając, że ten zadrżał. Sasuke wybił szybę i zaczął strzelać w stronę wroga, lecz ten skutecznie się zasłaniał.
— To Gaara — krzyknął.
— Kurwa — zakląłem.
Hinata pojawiła się naprzeciw mnie, a razem z nią goszczące nas, przerażone małżeństwo. Nie dość, że groziliśmy im bronią, to jeszcze sprowadziliśmy na nich widmo rychłej śmierci.
— Dobra, idę! — Zdecydowałem.
— Jesteś jebnięty — odparł tylko, uśmiechając się pod nosem, co odwzajemniłem.
Sasuke nie przestawał nacierać, ja natomiast wsunąłem tarczę na lewe ramię i szybkim tempem zacząłem kierować się ku nieznajomym. Yahiko gdzieś zniknął, chociaż pozostawałem czujnym, bowiem zawsze mógł czaić się gdzieś w pobliżu.
Gaara poruszał rękami, sterując piaskiem. Zdawał się mnie nie zauważać, pogrążony w obronie przed celnymi pociskami Sasuke, które teraz mocno zawodziły. Zacząłem biec, a wtedy coś niespodziewanie uderzyło mnie w bok do tego stopnia, że przetoczyłem się dobre kilka metrów. Kiedy wstałem w ustach miałem posmak krwi, a żebra pulsowały mi okropnym bólem.
Blondwłosa kobieta uśmiechnęła się do mnie zadziornie. Jej źrenice były nienaturalnie zwężone, oczy biły niebieskim blaskiem, z przerw między kostkami wyrastały metalowe, długie ostrza. Trzy na każdą dłoń. Zachciało mi się roześmiać.
— Zainwestowali w Wolverina — prychnąłem.
Warknęła na dźwięk moich słów i natarła z taką prędkością, że ledwo zdążyłem się osłonić. Jej pazury przejechały po powierzchni tarczy, rysując ją. Nigdy dotąd żadna broń nie zdołała jej naruszyć. Schyliłem się, unikając ciosu, następnie gwałtownie uniosłem prawą pięść, celując w nos przeciwniczki. Musnąłem go tylko, odchylając jej głowę do tyłu, a potem spróbowałem podciąć kobiecie nogi, ale boleśnie zadrapała mnie w ramię, kopnęła w brzuch i — wykonując zgrabne salto — odsunęła się ode mnie.
Złapałem się za obficie krwawiąca ranę, która z pewnością nadawała się do szycia, przy okazji posyłając jej nienawistne spojrzenie.
— Coś ci nie idzie, kapitanie. — Zaśmiała się miłym głosem, w którym czaiła się nutka ironii.
— Nie mój dzień — odparłem.
Gdy postawiła krok do przodu, przestrzeń między nami przeciął ostrzegawczy pocisk.
— Mam ją. — Usłyszałem w słuchawce. — Ty spróbuj znaleźć Yahiko.
— Jasne, co z tobą, Sasuke?
Yugito już zaczęła kierować się ku leżącej na dachu Okanao.
— Radzę sobie — wysapał Uchiha.
Chwilę temu został siłą wyciągnięty z domu, teraz gramolił się na nogi, uważnie obserwowany przez Sabaku. Miałem ochotę rzucić w niego tarczą, ale pozbywanie się jej w tak nieciekawym momencie byłoby szczytem nieodpowiedzialności.
Hinata pochylona biegła ku mnie. Objąłem ją ramieniem, chroniąc przed otaczającym nas złem i oboje zaczęliśmy wspinać się na zajmowaną wcześniej przez Inami wydmę. Na szczycie nie było już nikogo, ale ślady biegły do skalnej ściany, gdzie dostrzegłem niewielkie wejście. Obejrzałem się, widząc, jak moi towarzysze przegrywają nierówną walkę, po czym pewnie pociągnąłem za sobą Hinatę.
Jeśli zabiję Yahiko cały ten koszmar wreszcie się skończy.
Jeśli zdobędę ciało Yakiimo, minister da nam spokój.
Pieprzone jeśli.


<<>>


Wyłom w skale prowadził do wąskiego, dusznego tunelu. Wszedłem, jako pierwszy, drogę oświetlając przyczepioną do ramienia latarką. Wciąż czułem dekoncentrujące pulsowanie i zapach krwi — pamiątka po starciu z Boginią.
Ściany były tutaj śliskie, o dziwo spływała po nich chłodna woda, jednak wolałem jej nie pić. Trzymałem się na baczności, spodziewając pułapek, ataku znienacka; z drugiej strony nie wierzyłem, że lider Bogów bawiłby się w coś takiego. To zwyczajnie nie było w jego stylu.
Musieliśmy kroczyć powoli, bo tunel stawał się coraz bardziej stromy. Hinata kilka razy z piskiem wpadła na moje plecy. Jej głos wędrował echem, sprawiając, że żałowałem towarzystwa dziewczyny. Pewnie dawno wiedzieli o naszej obecności. Weszliśmy do niewielkiej, okrągłej jaskini. Na środku znajdowało się źródło pełne niesamowicie czystej wody, w której bezwładnie unosiło się nagie, kobiece ciało. Nad nim pochylała się druga kobieta, dłonie otoczone zieloną mgiełką trzymała przy sercu tamtej i — odcięta od rzeczywistości — szemrała niezrozumiałe słowa. Miała krótkie, różowe włosy, drobne ciało okryte jasną tuniką oraz fioletowy romb na środku czoła. Wydawała się mocno odrealniona.
Postawiłem krok do przodu i natychmiast zamarłem. Blond włosy swobodnie falowały pod wodą, ciemne znaki pokrywały jej ramiona, tafla wody przykrywała ją, aż do szyi. Odruchowo wyjąłem pistolet i wymierzyłem w Różową.
— Odsuń się — warknąłem.
Zaskoczona podniosła wzrok. Wyglądała na nieco przestraszoną, ale nadal poruszała wargami, hardo patrząc mi w oczy. Nie zrobiła żadnego kroku, nawet nie uniosła rąk.
— Po co te nerwy, Naruto?
Z kolejnej wnęki wyszła Tsunade, ubrana w zielony płaszcz, ze złączonymi czubkami palców. Patrzyła na mnie przenikliwie.
— Co ty tutaj robisz? — wyrwało się Hinacie.
Jej głos drżał niespokojnie, dłonie miała zaciśnięte na rączce pistoletu.
— Danzou wysłał mnie za wami jako więźnia. Chciał, żebym była waszą kartą przetargową. Na szczęście Yahiko w porę mnie ocalił.
Mężczyzna pojawił się obok niej, a ona w opiekuńczym geście położyła mu dłoń na ramieniu. Był wysoki, dobrze zbudowany, o czujnych, szarych oczach Yakiimo i płomiennych włosach. Powaga na twarzy, nieme wyzwanie w jego wyprostowanej postawie, milczenie — to wszystko sprawiło, że zmarszczyłem brwi, skupiając na nim całą swoją uwagę. Zdawałem sobie sprawę, że jest groźny; wystarczyło tylko na niego popatrzeć.
W tej nagłej ciszy rozchodziły się tylko szepty nieznajomej mi dziewczyny. Woda delikatnie odbijała się od brzegów, ciało Yakiimo dryfowało, a mnie zalewał zimny pot. Przekląłem w myślach całą tę misję, bycie kapitanem, pracę dla Shimury. Przekląłem dzień, w którym nie posłuchałem matki i poszedłem do Akademii Wojskowej, zamiast znaleźć sobie jakąś porządną pracę, jak Nagato czy Karin. Już nawet najmłodszy członek naszej rodziny — czternastoletni Menma — wydawał się mieć więcej rozumu.
— Odłóż broń — odezwał się Yahiko. Głos miał twardy, nieznający sprzeciwu.
Zastanawiałem się, czy innych Bogów też traktuje w ten despotyczny sposób.
— Stojąc pośród was? — Zaśmiałem się nieoczekiwanie.
— Nie zamierzam cię skrzywdzić. Chcę tylko spokoju dla siebie i mojej siostry. — Uniósł przedramiona w geście kapitulacji.
Według Danzou ten człowiek mógł zetrzeć w pył całe miasto, stanąć przeciwko armii, wygrać całą walkę samodzielnie, a mimo to, kiedy w grę wchodziła Yakiimo, poddawał się. Mimowolnie opuściłem pistolet, będąc w niemałym szoku. Hinata nie straciła rezonu, wycelowała w Różową.
— Ona nie żyje — wychrypiałem.
Tsunade zaśmiała się głośno.
— Wiesz, co stałoby się, gdyby tamtego dnia minister ją zabił? — Ukradkiem zerknęła na profil niewzruszonego Inami. — Yahiko straciłby nad sobą panowanie i żadne z was nie stałoby teraz przede mną. Shimura zna swoich uczniów, cenę, jaką poniesie za wszelkie działania i to, jak ważna jest Yakiimo. Doprowadzenie jej do stanu krytycznego rozpętało wojnę. Zabicie jej… Rozpętałoby piekło. — Przygryzła dolną wargę.
Była przejęta całą sytuacją i myślę, że nie popierała w pełni Yahiko, ale — tak, jak powiedziała — był jej dzieckiem. Matka zawsze kocha swoje dzieci.
— Danzou wiedział? — powiedziałem w stronę Hinaty.
Cała zesztywniała.  Jej spuszczony wzrok okazał się najlepszą odpowiedzią.
— Oczekuję prawdy — szepnąłem. — Dlaczego tu jesteśmy?
Gwałtownie pokręciła głową, zasłaniając się kaskadą ciemnych włosów. Już nie była delikatną, przepełnioną bólem dziewczyną. Obecnie jawiła mi się, jako kłamca. Nienawidziłem ich.
— Odpowiedz mi! — krzyknąłem.
Klik. Odbezpieczyła drugi pistolet niewiadomego pochodzenia i wymierzyła w Yahiko. Szerzej otworzyłem oczy, wiedząc, co zamierza.
— Żeby ją dobić. — Jej głos docierał do mnie zza grubego szkła, z innej przestrzeni.
Strzał.
Kula poleciała w stronę brata Yakii. Wokół niego powstała ledwo zauważalna kopuła, jakby pole siłowe, które wbiło kulę w przeciwległą ścianę, a mnie posłało kilka metrów dalej, na twardą, kamienną podłogę. Tarcza znalazła się w drugim kącie jaskini, podobnie, jak pistolet, ale o dziwo Hinata nadal stała w miejscu. Nim Yahiko skierował na nią swoją dłoń, patrząc oczyma pełnymi wrogości, nacisnęła spust.
Wszystko działo się tak szybko, że potrzebowałem czasu, aby dojść do siebie. Tsunade wydała z siebie stlumiony jęk, z jej klatki piersiowej trysnęła krew. Kobieta zachwiała się niebezpiecznie i runęła w tył, a przed bolesnym upadkiem powstrzymały ją silne ramiona Yahiko. Trzymał jej głowę na swoich kolanach, przerażonym wzrokiem patrząc na ranę, na krew płynącą z ust kobiety, jej opadające powieki i rzężenie, wydobywające się z gardła. Inami przycisnął dłoń do jej dekoltu, ale posoka sączyła się przez palce, piasek pod tą dwójką stał się obrzydliwie czerwony. Tsunade przyłożyła mu dłoń do bladego policzka; widziałem, jak zupełnie zrozpaczony kręci głową, ale ona…
Uśmiechała się.
Tym ostatnim, pełnym życia uśmiechem dziękowała mu za czas, za chwile, za niego samego.
Wstrzymałem oddech. Hinata upadła na kolana, chyba zdając sobie sprawę ze swojego potwornego czynu. I wtedy dłoń Senju opadła, a Yahiko wydał z siebie niekontrolowany szloch, po czym — nie patrząc na nas — uniósł rękę.
Kurwa, zdążyłem pomyśleć.
Zerwałem się na nogi, chwyciłem Hinatę za nadgarstek i — ciągnąc ją za sobą — pokonałem kilka metrów pod górę. Zostawiłem wszystko: tarczę, pistolet, własne sumienie. Wytworzone przez niego pole uniosło nas do góry, ściany za nami pękały i wraz z lecącymi kamieniami zmierzaliśmy do wyjścia. Czułem, jak moje mięśnie kurczą się pod wpływem tej siły, musiałem mocno zaciskać zęby, żeby nie krzyknąć. Wejście do jaskini zawaliło się, gdy z powrotem wylądowaliśmy na zimnym piasku. W ustach miałem metaliczny posmak juchy, z trudem podparłem się nadgarstkami o podłoże. Ciemne plamy migotały przed moimi oczami, widziałem rozmazane twarze przejętych Mayako oraz Sasuke. Mieli kilka zadrapań, Okanao trzymała się za lewy, lekko krwawiący bok, ale poza tym, byli cali.
Kiedy półprzytomnego prowadzili mnie do helikoptera, wydawało mi się, że przez szum wiatru, krzyki pilota, pojękiwania Hinaty oraz moje majaczenie, przedostał się jeszcze inny dźwięk.
Dźwięk głośno nabieranego powietrza, plusk wody, podniesiony oddech.
Bo widzicie, panowie — oznajmił porucznik, mierząc do jednego z zamaskowanych, pojmanych przez nasz oddział terrorystów. — Ceną za życie jest śmierć.
Strzał.



Yakiimo: Okey, po wielu zmaganiach udało mi się wyskrobać kolejną partóweczkę, tym razem o kochanym kapitanie. <3 A tak serio, to — patrząc okiem czytelnika — zapałałam sympatią do Sasuke, którego nie było, aż tak dużo, ale przynajmniej przestał być ciepłą kluchą.
Jak widzicie wcześniej wystartowałam z Legionem. Chyba sama nie mogłam się doczekać powrotu do czwórki moich ulubionych pulpecików. xDDD Postaram się publikować w miarę często, zarówno na Bogach, jak i tutaj, ale nic nie obiecuję, bo własnie z całej siły pierdolnęłam swoją chorą rękę o kant wanny i dosłownie mnie zgięło.
Cóż, nadeszła jesień, ja ciągle moknę, marznę, śpię albo wkurzam się na znajomego (zagorzały przeciwnik fajek nagle zaczął palić, grr), i nie wychodzę spod stosu książek. Myślę, że chociaż to pisanie przyniesie mi więcej sensu, niż cokolwiek innego o tej smutnej porze roku. xD
Kiedy kolejna partówka? Tego nie wiem, opykam sobie pierwszy rodział na Legionie i postaram się coś pokombinować z tą naszą Kaori i jej świnią, czyli Itachim. <3 W każdym razie mykam. Miałam wstawić gifa z kapitanem, ale dajcie spokój — napatrzycie się na niego w niejednym rozdziale Legionu, a i planują kilka partówek z Naruto w roli głównej, także luzik.

CREATED BY
MAYAKO
ART: Kase661