środa, 22 marca 2017

Wywiad II: Bunt maszyn, czyli powrót kapitana

Uczciwość zbiera pochwały
i umiera z zimna.
~ Juwenalis


Yakiimo wyskoczyła z samochodu, wlepiając spojrzenie w unoszącą się nad miastem smugę dymu. Gdzieś ponad nimi zawyła syrena strażacka, powodując, że przechodnie nagle stanęli w miejscu, z przerażeniem przypatrując się dogorywającym płomieniom. Niektórzy byli na tyle śmiali, by wyjąć telefon i nagrywać wszystko, co znalazło się w kadrze kamery.
Mayako wygramoliła się jako druga, tym razem w stuprocentowej gotowości z zacięciem na jej bladej twarzy. Karabin zapobiegawczo trzymała w obu dłoniach, natomiast Fukao z chłodnym obliczem przyglądała się całej sytuacji, na spokojnie oceniając ją z bezpiecznej odległości. Dobrze wiedziała, co znajduje się kilka budynków od głównego komisariatu. Magazyn z najnowszą technologią, którą najlepsi technicy — na zlecenie samego prezydenta Japonii — udoskonalali i tworzyli, przygotowując kraj na najgorsze momenty, czyli wojnę lub wewnętrzny konflikt.
— Idziemy tam — rozkazała Kaori, sięgając po swój niewielki pistolet. W duchu modliła się, by ta broń jakoś się jej przydała, przynajmniej do czasu nadjechania profesjonalnego sprzętu.
Yakiimo i Maya wymieniły ze sobą porozumiewawcze spojrzenia, ale się nie odezwały. Obie zdołały zauważyć przerażająco zdecydowaną, nastawioną na sukces aurę ich liderki, toteż zgodnie pokiwały głowami, ruszając szybkim krokiem za blondynką. Przeciskały się między tłumem panikujących ludzi, słysząc otaczające je piski oraz wrzaski, a także czując swąd spalenizny. Inami musiała mocno trzymać swoje nerwy na wodzy, by nie zdzielić po głowie jakiegoś nieostrożnego mężczyznę, który wpadł na nią z impetem, zbyt zajęty obserwowaniem skutków wybuchu. W ostatniej chwili Mayako popchnęła ów osobę w bok, narażając się na rozgoryczony wzrok swojej towarzyszki.  
Im bliżej były hangaru, tym wyraźniej widziały poruszające się w jego wnętrzu sylwetki. Nie musiały się skradać; dym dostatecznie ukrywał je w swoim cieniu, a wrzawa zagłuszała ich kroki. Kaori błyskawicznie doskoczyła do drzwi i przywarła do nich plecami, po czym nachyliła się delikatnie, zaczynając obserwować potencjalnych przeciwników. W tych warunkach ciężko było cokolwiek dostrzec, jednak udało jej się naliczyć trzech, co też pokazała na palcach obu dziewczynom. Nie czuła się komfortowo w ich towarzystwie. Miała nieodparte i paraliżujące wrażenie, iż żadna z nich nie skupia się na zadaniu, lecz na ocenianiu działań Fukao. Rzeczywiście stały przed nią, w ogóle nie przejmując się niebezpieczeństwem, które mogły spotkać tuż za wyrwą w wejściu do magazynu. Wyglądały bardziej na znudzone, jak w przypadku Mayako, i cholernie zniecierpliwione – Inami przystępowała z nogi na nogę, jęcząc coś pod nosem, przewracając oczami. Kaori westchnęła, zacisnęła usta w wąską linię i z tłukącym o żebra sercem, wpadła do wnętrza budynku, celując pistoletem w jednego z zamaskowanych mężczyzn.
Zamarli, w oczekiwaniu na jej ruch. Faktycznie, byli uzbrojeni i mimo chwilowego braku przewagi, nie odczuwali grozy całej sytuacji. Wręcz przeciwnie. Na ich ustach wykwitły krzywe, lekceważące uśmiechy, które wprost prowokowały do bliższego podejścia. Poszturchali się nawzajem po bokach, pokazując kobiety palcami.  
Yakiimo weszła jako druga, ostentacyjnie machając swoim kijem i cmokając pod nosem. Już nieraz włamywała się do jakiegoś budynku, po czym napotykała na swojej drodze wyśmiewających ją ludzi. Chwilę potem każdy z nich ginął, a ona wracała do swojego domu z poczuciem dobrze wykonanej roboty i masą wartościowych przedmiotów. Zarzuciła swoją tymczasową broń na ramię, stając krok przed Kaori. Doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że musiała osłaniać pozostałą dwójkę, inaczej Raikage wyrzuciłby ją ze składu albo gorzej. Nim uciekła z więzienia, zarząd wydał rozkaz, aby przetransportować ją do najbardziej strzeżonego więzienia, o którego istnieniu wiedziały tylko tajne służby. Nie wiadomo było, gdzie znajduje się ów ośrodek, ale żaden człowiek nigdy stamtąd nie wrócił, toteż Yakiimo musiała zrobić dosłownie wszystko, żeby tym razem nie złapali jej i nie wtrącili do ciasnej celi, Bóg wie, gdzie położonej. Istniały pogłoski, iż klawisze byli tam sadystami lub szalonymi naukowcami, notorycznie znęcającymi się nad więźniami. Za każdym razem, gdy pomyślała o sobie przykutej do jakiegoś łóżka z milionem strzykawek nad skórą, chciała krzyczeć.
Okanao wciąż czaiła się w cieniu. Bycie strzelcem wyborowym zmuszało ją do zachowywania odpowiedniego dystansu; jej sokole oko nie przydawało się w zwarciu. Delikatnie przymknęła powieki, obierając sobie za cel pierwszego po prawej. Nawet z kominiarką na twarzy, wydawał jej się wyjątkowo szpetnym dupkiem. Syknęła pod nosem, zdając sobie sprawę, że tak naprawdę, jeśli dojdzie do wymiany ognia, któraś z nich na pewno zostanie zraniona. Pod ścianami hangaru stało tylko kilka drewnianych skrzynek, za którymi mogłyby się schować. Z pewnością ci ludzie zdążyli wszystko potajemnie wywieźć, a bombę podłożyli dopiero potem, by zniszczyć miejsce zbrodni.
— Wyglądacie, jak trzy małe, zagubione dziewczynki.
Zwróciły swój wzrok ku górze. Na szczycie metalowych schodów stał mężczyzna w białej koszuli i spodniach od garnituru. W odróżnieniu od swoich kompanów, nie był ani uzbrojony, ani zamaskowany. Z szelmowskim uśmiechem rozkładał ręce na boki, udając bezradność, a jego czerwone włosy falowały lekko, unoszone wiatrem, dostającym się do wnętrza z wyrwy po wybuchu.
— A ty, jak wór kutasów i nikt ci nie wypomina — warknęła pod nosem Inami, mocniej zaciskając szczęki. Miała nieodparte wrażenie, że znała jego głos oraz całą sylwetkę. Przechodziła jedno z najbardziej niezrozumiałych deja vu w swoim życiu.
Zaśmiał się krótko, choć jego wzrok pozostał niezwykle zimny. Jak na niskiego i chuderlawego człowieczka, wykazywał porażającą pewność siebie, sprawiając, iż stojący naprzeciw niego oddział został kompletnie zbity z pantałyku. Ostrożnie zszedł trzy stopnie w dół, nie spuszczając ich z oczu. Sięgnął po coś do kieszeni, a wówczas Yakiimo wyskoczyła do przodu, ramieniem zasłaniając zdezorientowaną Kaori. Ponownie zachichotał, wyraźnie rozbawiony postawią kryminalistki, zaś ze spodni wyjął małe urządzenie; niewielkich rozmiarów pilot spoczął w jego dłoni.
Mayako wstrzymała oddech, ale nie ośmieliła się dokładniej mu przypatrzeć. Wciąż zapobiegawczo celowa w rozluźnionych mężczyzn, którzy od pewnego czasu odpłacali jej się tym samym. Już od dawna nie czuła tego rodzaju napięcia. Dreszcze przechodziły ją za każdym razem, gdy przesuwała palcem wskazującym po spuście, wahając się.
— To nie jest bomba — rzucił beztrosko, opierając się łokciami o balustradę. — Ale obawiam się, że drewniany kij może nie wystarczyć.
Kaori do krwi przygryzła dolną wargę, po czym nacisnęła maleńką słuchawkę w jej uchu.
— Hoshi, prześwietl mi ten budynek — szepnęła, starając się ukryć fakt, że porusza wargami. Miała nadzieję, iż Yakiimo odwróci uwagę nieznajomego, dając jej więcej czasu na zebranie myśli i przy okazji cennych informacji.
— Tak jest.
Akairo siedziała przed kilkoma, unoszącymi się w powietrzu, ekranami, które przypominały jej te rodem wzięte z jakiegoś filmu akcji. Półprzezroczyste, niebieskawe ikony balansowały swobodnie nad niewielkim urządzeniem, przypominającym zegarek; mogła zmieniać ich rozmiary i przesuwać we wszystkich kierunkach. Nie musiała siedzieć wciąż w jednym pomieszczeniu, ponieważ takie rozwiązanie pozwalało jej na bezproblemowe poruszanie się i korzystanie z nowoczesnego urządzenia w każdym miejscu, do jakiego się wybrała. Pierwszy raz miała do czynienia z tak zaawansowaną technologią, lecz dzięki metodzie prób i błędów, udało jej się rozgryźć każdy panel po kolei. Błyskawicznie włączyła system namierzania, odnajdując kobiety zaledwie kilkaset metrów od niej samej. Wyświetliła model magazynu w formie 3D, obracając go na boki, by zerknąć do najmniejszego zakamarku.
— Cały sprzęt umieszczono na górze. Niestety nie wiem, co to jest. Ktoś to przykrył jakąś płachtą czy czymś — powiedziała. Mam przysłać wsparcie?
— Tak. Niech czekają w gotowości.
Mężczyzna uniósł brew, podciągając rękawy koszuli. Na jego wewnętrznej stronie nadgarstka, Yakiimo dostrzegła wytatuowanego czerwonego skorpiona, a wówczas wspomnienia zalały ją odbierając oddech i władzę nad ciałem.
— Byłeś tam… U Kakuzu! — Dokończyła, krzycząc. Nie potrafiła zapanować nad nerwami, nabierając większej ochoty dopadnięcia ich przeciwnika i posiekania na mikroskopijne kawałeczki.
— Oh, teraz cię pamiętam. Główna atrakcja piątkowych wieczorów. — Oblizał wargi, taksując ją pociemniałymi oczyma.
Yakiimo wzdrygnęła się i następnie odepchnęła w bok Fukao, przelotnie zerkając na Mayako. Okanao jednej sekundzie przestała mieć jakiekolwiek wątpliwości. Pewnie nacisnęła spust, celnie trafiając w ramię faceta, który zawył i upuścił broń. Obaj natychmiast schowali się za skrzynkami, wychylając co jakiś czas, by oddać chybione strzały. Jedna z kul drasnęła w policzek rozzłoszczoną, leżąca na betonie Kaori. Wyjęła zza pasa pistolet, i niewiele myśląc, po prostu szła szybkim krokiem, mierząc w przeciwników. Pociski śmigały wokół nich, a osłaniająca ją z tyłu Mayako, klęła pod nosem, nie spodziewając się, że racjonalna liderka oddziału posunie się do samobójczej szarży na uzbrojonych mężczyzn.
Ostatnia kula trafiła w róg drewna, sprawiając, że Fukao momentalnie straciła swoje wcześniejsze zacięcie i odrzuciła pistolet w bok. Szczęście uśmiechnęło się do niej, kiedy zrozumiała, iż w swojej bezbronności nie jest osamotniona. Przeciwnik także wyzbył się tego, co mogło zrobić jej krzywdę czy też nawet zaprowadzić prostą drogą do grobu. Odwróciła się ku klęczącej na jednym kolanie Mayako, która oddychała ciężko, zlana zimnym potem, ale ochoczo odwzajemniła triumfalny uśmiech Fukao, stającna równe nogi. Rękawem wojskowej kurtki otarła czoło; obie były dumne z szybkiego działania, bo w gruncie rzeczy skończyło się tylko na kilku zadrapaniach. Ich wrogowie nie byli zbyt utalentowani, więc od początku pozwalały sobie na otwarty ogień i nie krycie się gdzieś po kątach.
— Kaori! — wrzasnęła Maya.
Jeden z mężczyzn brutalnie przyciągnął do siebie liderkę, po czym uderzył ją w twarz, sprawiając, że przed jej oczami pojawiły się mroczki, a otaczający ją świat gwałtownie zwolnił. Poczuła otępiający ból w ramieniu, gdy z rumorem zderzyła się z podłożem, oddalając na kilka metrów. Ukradkiem zlokalizowała szarpiącą się, trzymaną za włosy i ciągniętą do wyjścia Mayako.
Kolejny cios. Wypluła z ust ślinę wymieszaną z krwią, gdy but przeciwnika z impetem wbił jej się w brzuch. Fala bólu zalała ją, jak jeszcze nigdy, a jedyne, co nie pozwalało na utratę przytomności, to dzikie wrzaski niepoddającej się Okanao. Wierzchem dłoni otarła ciecz z kącików ust, wlepiając spojrzenie w powolny krok chłopaka. Miała ochotę zedrzeć mu z twarzy kominiarkę i urządzić prawdziwe piekło. Zadzieranie ze spokojną osobą wiązało się z tym, że gdy traciła nad sobą panowanie, nie było czego zbierać. Wyjęła zza pasa swój nóż i wkładając w to większą część swojej siły, zamachnęła się, posyłając ostrze w kierunku Mayako. To w tej fioletowowłosej snajperce zauważyła swoją szansę na uwolnienie się od natrętnych przeciwników. Stal nierdzewna do połowy wbiła się w gardło oprawcy, powodując, że zamarł, wydając z siebie dźwięki przypominające dławienie się. Jego ciałem wstrząsnął szereg konwulsji, a płynąca strugą krew, ubrudziła strój Mayako, wywołując u niej mdłości. Kobieta odskoczyła błyskawicznie, targana szlochem i zaczęła czołgać się ku karabinowi, wciąż czując na głowie zimne palce mężczyzny oraz metaliczny posmak posoki w buzi. Dopiero, gdy złapała broń w ręce, poczuła się pewniejsza. Przystawiła oko do celownika optycznego, uprzednio zmieniając magazynek.
Nim jednak nacisnęła spust, celując w głowę zbliżającego się do jej szefowej mężczyzny, z jego piersi trysnęła krew. Chwilę potem leżał w czerwonej kałuży, z twarzą milimetry od butów oniemiałej Fukao, która dopiero sekundę później nieśmiało pisnęła. Faktycznie pracowała jako ktoś na wzór agenta, ale z całą pewnością była też człowiekiem, a przede wszystkim wrażliwą kobietą, toteż strzelanina i bliskość trupa wywołały w niej obrzydzenie. Podciągnęła do siebie kolana, drżąc z nerwów. Nie panowała nad sytuacją; nie wiedziała, gdzie podziewała się Yakiimo oraz doprowadziła do śmierci, być może jedynej osoby, która mogła mieć wgląd do planów terrorysty.
Mayako opiekuńczo objęła ją za ramiona, tuląc do siebie. Starsza od Fukao wojskowa starała się przyjąć na klatę ten dzień, zapewniając liderce wsparcie. W środku natomiast bardzo pragnęła zostać zapewnioną, że śnił jej się koszmar o gonitwie za kryminalistką i nocnej strzelaninie.
— Hej, Maya!
Odwróciła nagle głowę, rozszerzając oczy i otwierając usta. Nawet nie musiała zgadywać, kto przyczynił się do uratowania Fukao. Przynajmniej do czasu, aż w wyrwie nie stanął ubrany w wojskowy mundur, uśmiechnięty od ucha do ucha blondyn, trzymający na ramieniu, podobny do jej, karabin. Jego nieskazitelnie błękitne oczy z radością wpatrywały się w wymalowany na twarzy snajperki szok.
— Ile to już razy uratowałem twój zgrabny tyłek?


<<>>


— Panie ministrze, proszę o wyrozumiałość. Znajdujemy się na granicy katastrofy, jeśli nie wyda pan pozwolenia na ten sprzęt, obywatele Tokio zginą.
Raikage był bliski wybuchu. Od rana przechodził między kolejnymi biurami, zbywany przez podwładnych Danzou, zaś na końcu niemal siłą wtargnął do jego biura, grożąc, że nawet bez jego zgody, wręczy nowo powstałemu oddziałowi, przygotowaną specjalnie dla niego broń. Wówczas przyparty do muru polityk dał mu całe pięć minut na przedstawienie sensownych argumentów, co jeszcze bardziej zirytowało komisarza, bowiem od kilku dni pisał wiadomości do Shimury, zawierające dokładnie tą samą treść.
Minister w zadumie postukał palcem w blat ciemnego biurka, zawieszając wzrok na dokumentach dostarczonych przez jego aktualnego rozmówcę. Doskonale wiedział, że ów wróg publiczny nie został schwytany, chociaż przebywał w tylu krajach, nawet najbardziej strzeżonych, iż powoli jego nieuchwytność godziła w dumę sił zbrojnych z całego świata, a tym bardziej w od zawsze dumną Japonię. Powoli przewrócił kilka kartek, zatrzymując się na aktach dotyczących czterech kobiet, po czym westchnął udręczony i podparł brodę na dłoniach.
— Zatrudnił pan kryminalistkę — rzucił niby od niechcenia, lecz gdyby to zależało od niego, zwolniłby za to Raikage, a dziewczynę wrzucił do więzienia o zaostrzonym rygorze. — Wie pan ilu rocznie szkolimy ludzi? Kilkadziesiąt tysięcy. Część z nich idealnie nadawałaby się na to stanowisko. Mimo to wolał pan wyciągnąć z pierdla morderczynię, dać jej karabin i wolną rękę.
Podszedł do oszklonej ściany z widokiem na panoramę Tokio. Ręce w kieszeniach garnituru miał zaciśnięte w pięści. Jego zewnętrzny spokój, jak zwykle był fałszywy; tania przykrywka, która utwierdzała społeczeństwo w przekonaniu, że jest nie do ruszenia i świetnie panuje nad każdą sytuacją. W gruncie rzeczy, od miesięcy tracił poparcie, zwłaszcza ze strony parlamentu. Na jego krzesełko chciano postawić kogoś, kto lepiej pilnował bezpieczeństwa, czyli samego Raikage.
— Rzeczywiście, panna Inami ma wiele na sumieniu — zaczął niepewnie komisarz — aczkolwiek to uzdolniona kobieta. Poza tym dobrze zna przestępczy świat, może nam czasem doradzić.
— Jak będę potrzebował konsultacji w sprawie fanatyków, to zwrócę się do antyterrorystów! — Posłał mężczyźnie wrogie spojrzenie. — Przez takie bzdury w niejednym więzieniu dojdzie do zamieszek.
Przeczesał swoje poprzecinane siwymi kosmykami włosy i stał tak, zdaje się w nieskończoność, czekając na reakcję ze strony komisarza. Ci dwaj nie przepadali za sobą odkąd Raikage awansował na swoje obecne stanowisko, po czym w wielu sprawach dano mu głos. Czasami Danzou miał wrażenie, że jako minister rzadziej widywał się z premierem, niż osobnik, którego wprost nie trawił. Mimo to, zdobył się na gest, myśląc wyłącznie o kraju, gdzie od zawsze żyło mu się dobrze. Podszedł do biurka i sięgnął po dokument wręczony mu kilka dni temu przez Raikage. Papier spoczywał nietknięty na blacie jego biurka; Shimura nie potrafił schować go i w pełni zignorować sprawę. Wiedział bowiem, iż on także może stać się ofiarą zamachowca, więc koniecznie potrzebny był mu ratunek. Podpis złożył zamaszyście i niemal niedbale, pragnąc, by jak najszybciej Raikage zniknął mu sprzed oczu.
— Jeśli dojdzie do jakiegokolwiek buntu ze strony więźniów, osobiście pana oskarżę. — Zagroził, mocno ściskając dłoń poważnego komisarza.
Ten w odpowiedzi kiwnął tylko podbródkiem i błyskawicznie opuścił gabinet, spektakularnie trzaskając drzwiami. Ze zwycięskim uśmiechem powitał czekających na korytarzu ludzi, którzy od rana eskortowali go oraz chronili. W rzeczywistości, co drugi był dopiero marnym rekrutem, lecz Raikage nie sądził, aby ktoś odważył się go zaatakować; zbyt dobrze znano go w japońskim świecie.
Tymczasem Danzou, pochylony nad aktami, przypatrywał się każdej z dziewcząt. Budziły w nim masę różnych, czasem zupełnie niepowiązanych ze sobą wątpliwości. W zależności, co właśnie czytał – rosły lub malały. Swoją uwagę skupiał przede wszystkim na ich przeszłości. Potrzebował zaufanych i wykwalifikowanych ludzi, zdołających w tak nielicznym składzie obronić Tokio. Westchnął przeciągle, po czym nacisnął guzik przy telefonie stacjonarnym po jego prawej.
— Panno Amiko, proszę o przysłanie do mnie Nejiego — polecił już znacznie spokojniejszym tonem.
— Zrozumiałam, proszę pana.
Odczekał zaledwie pięć minut, gdy w jego biurze stanął wysoki, szczupły chłopak o nienagannym wyglądzie i zacięciu na twarzy. Miał długie, brązowe włosy, zebrane w kucyk u dołu głowy, jasne oczy, które z łatwością odczytywały wszelkie intencje przeciwnika. Stał na baczność, z rękami schowanymi za plecami. Cały odziany w markowy garnitur przypominał kogoś ważnego, liczącego się. W rzeczywistości był kimś na wzór konsultanta i ochroniarza Shimury. Pochodził z bogatej rodziny, toteż w dzieciństwie, za sprawą prywatnych lekcji, nauczył się płynnie mówić w kilku językach, posługiwać każdą bronią oraz walczyć wręcz. Obyty w dyplomacji i retoryce stanowił podporę samego ministra.
— Czeka cię zadanie — zaczął Danzou, wciąż skupiając uwagę na dokumentach, zawierających informacje o czterech obcych sobie kobietach. — Zanim trafiłeś do mnie, odbywałeś staż w specjalnym więzieniu przeznaczonym tylko dla morderców.
— Owszem, proszę pana. Jednak nie bardzo wiem, jak może się to panu przydać. — Chociaż Danzou nie mógł tego dostrzec, chłopak nerwowo pocierał palce za plecami. Od zawsze był zadowolony ze swojej posady, przynosząc rodzinie same zaszczyty, jednak doskonale znał ministra, który od początku wzbudzał w nim więcej strachu, niż uznania.
— Co wiesz o Yakiimo Inami?
Oczy Shimury gwałtownie pociemniały. W świetle lamp wyglądał, niczym nocna mara, czyhająca na czyjeś życie. Neji zachował odpowiedni wyraz twarzy, nie dając się ponieść emocjom.
— Trafiła tam dopiero po miesięcznym poszukiwaniu. Dwaj kryminalni, Uchiha Madara i Uchiha Sasuke złapali ją na granicy, gdy z podrobionym paszportem wsiadała do samolotu. Potem nastąpiła rozprawa, ogłoszenie wyroku i przywieźli ją do nas. Była jedną z nielicznych kobiet, ale nigdy nie miała problemów, sama też ich nie stwarzała. Dopiero potem zaczęła notorycznie uciekać. Zawsze kończyło się na kilkuset metrach poza więzieniem. Dostawała środki usypiające i zamykano ją w izolatce. — Wzruszył ramionami, rozpamiętując, jak samotnie niósł wrzeszczącą oraz grożącą na milion różnych sposobów dziewczynę. Prawie go wtedy pobiła, a po tym, co zrobił tydzień przed odejściem na nowe stanowisko, wpisała go na swoją czarną listę, planując jego śmierć.  Dowiedział się o tym od niej samej; to miało być ich pożegnanie i jednocześnie obietnica ze strony Inami.
— Od tej pory, na mój rozkaz, zostaniesz prawą ręką Raikage. Chcę, żebyś informował mnie o wszystkim, co wyda ci się… niepoprawne. — Założył ramiona na piersi i odchylił się na skórzanym krześle obrotowym. — Poza tym, jeśli Yakiimo okaże się nieprzydatna, doprowadź ją do jej celi.
Odesłał Nejiego ruchem nadgarstka. Mężczyzna wciąż nie potrafił opanować drżenia, jednocześnie czując narastającą w nim euforię. Od bardzo dawna nie przydzielili mu sensownego zadania, toteż zwyczajnie cieszył się, jakby ponownie cofnął się do czasów, gdy był tylko stażystą. Gdzieś z tyłu głowy, cienki głosik podpowiadał mu, iż Yakiimo na pewno zrezygnuje z czynienia dobra na rzecz zemsty na nim, a raczej wpakowania mu kulki między oczy. Uśmiechnął się pod nosem i udał prosto do zbrojowni.
Kolejny dzień miał przynieść mu multum niezapomnianych wrażeń.


<<>>


Zniknął jej z pola widzenia zaraz po tym, jak wdrapała się na szczyt schodów, zostawiając za sobą huk wystrzałów i wrzask obu dziewczyn. Nie czuła wyrzutów sumienia z tego powodu. Mimowolnie wierzyła, że Mayako oraz Kaori bezproblemowo poradzą sobie z dwójką przeciwników.
Oparła nadgarstki na kolanach. Dwa lata więzienia zrobiły swoje zarówno z jej kondycją, jak i stanem psychicznym. Zbyt łatwo dawała się porwać fali uniesienia, wynikającej z faktu, że tym razem to ona jest łowcą. Uwielbiała walczyć, bawić się swoją ofiarą, zapędzać ją do kątów skąd nie było wyjścia. Oblizała spierzchnięte wargi, powolnym krokiem kierując się w głąb pomieszczenia, które wyglądało bardziej na połączenie kuchni i warsztatu samochodowego, niż bazy dla wysokiej klasy sprzętu bojowego. Po jednej stronie stał srebrny zlew, kuchenka gazowa, mikrofalówka i dwie wiszące szafki. Na środku wyłożonej białymi kafelkami podłogi, umieszczono srebrny stół, chyba chirurgiczny, gdzie leżały klucze, śrubki, dziwnego rodzaju sprzęty. Po mężczyźnie, którego doskonale kojarzyła, nie było ani śladu, jednak jej instynkt podpowiadał, by nie rezygnowała z dalszych poszukiwań, a tym bardziej z gotowości do bijatyki.
Prychnęła pod nosem, kręcąc się wokół własnej osi. Ściany ograniczały to pomieszczenie, a ona nie dostrzegała żadnego ukrytego przejścia. Przynajmniej do momentu, w którym coś niezidentyfikowanego przebiło się przez przeciwległe do niej meble i obsypało ją białym pyłem. Zakryła głowę ramionami. Chwilę potem nastała sztuczna cisza, podczas której wytrzepała z włosów resztki tynku oraz mocno odkaszlnęła, gdy zaczynało drapać ją w gardle. To z pewnością nie był zwykły wybuch.
Przestraszona cofnęła się o krok, gdy złapała kontakt wzrokowy z dwiema wyłaniającymi się zza gruzu niebieskimi lampami. Dopiero, gdy postać całkowicie jej się ukazała, miała ochotę wybuchnąć histerycznym śmiechem. Wysoka na trzy metry i szeroka na jakieś półtora, biało-niebieska maszyna patrzyła wprost na nią. Potężne, stalowe ramiona, nogi i kark, zdobiły dodatkowe, tytanowe ochraniacze, zaś pięści były dwa razy większe, niż pozostałe części tego “ciała”.
Pierwszy krok rozkruszył płytki i sprawił, że serce podeszło jej do gardła. Stała z rozszerzonymi oczami, by w końcu uśmiechnąć się delikatnie, wlepiając oczy w czubki swoich butów.
— Jako fanka Iron Man’a czuję się zaszczycona — zakpiła. — Ale bez jaj, to nie pieprzony Marvel! — wrzasnęła, wbijając palec w skroń.
Jeszcze sekunda, a pomyślałaby, iż jej szaleństwo postępuje szybciej, niż przewidywali psychiatrzy z więzienia.
— Mówiłem, kij może nie wystarczyć — przemówił ktoś z wnętrza.
— Więc naprawdę bawisz się w geniusza, hm? W takim razie sprawdźmy, jak daleko ci do oryginału.
Odwróciła się i doskoczyła do metalowego stołu, który z impetem kopnęła, posyłając w stronę przeciwnika. Przedmiot przejechał na kółkach parę metrów i przyległ do robota, odcinając mu drogę do niej. Jednak sukces okazał się krótkotrwały. Maszyna złapała rogi blatu, podniosła do góry i cisnęła w kierunku dziewczyny. Yakiimo z piskiem przykucnęła; metal otarł się o jej rozczochrane włosy. Nie była uzbrojona, poza tym nigdy nie walczyła z robotem; państwo nie wystawiało ich na tanich portalach czy zwykłych targach. Technologię, z którą miała do czynienia, ściśle strzeżono, przynajmniej do tamtego dnia.
Jej ciałem targnęły dreszcze. Odkąd zabiła swoich towarzyszy, nie odczuwała strachu. Obawy, zmartwienia, empatia – wraz z zakuciem w kajdanki, wymazała te pojęcia ze swojego słownika; wyrzuciła, podeptała, zapomniała, przypominając sobie o nich w kryzysowej sytuacji. Nie mogła zginąć. Jej życie nie było całkowicie skreślone. Czekała na nią masa ucieczek, przyjaciół, a jako członek Drugiego Oddziału Wywiadu, chciała zostać bohaterem, dostać złoty medal, zacząć od nowa.
Złapał ją za kostkę. Nawet nie zorientowała się kiedy do niej podszedł. Mimo znacznych rozmiarów i wagi, poruszał się płynnie. Jeśli dobrze przekalkulowała, robota połączono z układem nerwowym człowieka, siedzącego w środku. Wystarczyłoby go jakoś stamtąd wydostać. Tylko jak ominąć te wszystkie zabezpieczenia i zapewne niespodzianki, które miał w zanadrzu? Podrzucił ją lekko, objął metalowymi palcami w pasie, po czym wydłużając swoją mechaniczną rękę, przycisnął do ściany, wgniatając w nią. Zacisnęła powieki i szczęki, nie pozwalając sobie na choćby minimalny krzyk. Miażdżył jej żebra, doprowadzając do łez, aż wreszcie zwolnił uścisk, pozwalając Yakiimo opaść na podłogę.
Jęknęła pod nosem, zdając sobie sprawę, w jak beznadziejnej sytuacji się znalazła. Kto kazał jej iść na to przeklęte piętro? W dłoni kurczowo ściskała końcówkę kija, jakby to mizerne cacko mogło przeciwstawić się niszczycielskiej sile technologii. Łopatki pulsowały jej niemiłosierne, odwracając myśli od bitewnego transu. Z ledwością stanęła na nogach, podpierając się na zbawiennym kawałku drewna. Oddychała szybciej, mierząc się spojrzeniem z mechanicznym przeciwnikiem, który przyciągnął pięści do tułowia i czekał w gotowości do ataku.
— Żartujesz sobie ze mnie? — zapytała, śmiejąc się, choć w jej głosie nie zabrzmiała nawet nuta wesołości.
Nie odpowiedział. Powoli skierował prawą rękę ku niej, a ta w oka mgnieniu zamieniła się w wyjątkowo duży pistolet. Z jego wnętrza wydobywało się niebieskie światło. Zatrzeszczał, po czym pocisk poszybował w stronę kobiety. W ostatniej sekundzie udało jej się zasłonić jedyną bronią, którą posiadała i rękami. Bezwładnie poszybowała do góry i przebiła ścianę. Plecami odbiła się od podłoża, krzycząc oraz turlając się dalej, ku przepaści. Zahaczyła o balustradę, wykrzywiając twarz w grymasie bólu. Spanikowana machała nogami, szukając jakiegoś punktu oparcia; starała się także zapomnieć o jej panicznym lęku wysokości. Pierwsze piętro wystarczało, by wprawić ją w histerię.
Pokryta pyłem, odłamkami tynku i własną krwią, znosiła otępiające rwanie w nadgarstku. Zaledwie ruszyła nim, kiedy łzy napłynęły jej do oczu z powodu przeogromnego bólu. Puściła metal jedną ręką, odciążając ją, a jednocześnie zsuwając się w dół. Kroki robota wcale nie dodawały jej otuchy; można by powiedzieć, że dotąd niezawodna adrenalina, opuściła ją gdzieś po drodze, zostawiając na pastwę losu. Zaklęła pod nosem, wierzgając mocniej, szczególnie kiedy zauważyła koniuszki niebieskiego metalu przy krawędzi tarasu.
— Yakiimo, wytrzymaj!
Usłyszała z dołu głos Mayako. Odważyła się spojrzeć w ich kierunku, gdzie Okanao, wyjątkowo blada i przerażona, wspierała się na ramieniu jakiegoś bruneta, a Fukao chodziła wokół nich, krzycząc coś do telefonu. Cały oddział uzbrojonych mężczyzn przyglądał jej się skonsternowany, nie do końca pojmując z kim zmagała się ów nieznajoma.
Ponownie do jej uszu dobiegł charakterystyczny świst. Uniosła oczy do góry, natykając się na ten sam pistolet, co wcześniej. Głośno przełknęła ślinę, wbijając wzrok w szybkę, za którą z pewnością siedział czerwonowłosy człowiek. Zmrużyła oczy, zwierając ze sobą szczęki.
— Nie licz na więcej forów, skurwysynu — szepnęła.
Odchyliła się w bok i puściła, serwując najmocniejsze kopnięcie w stalowe ramię, na jakie było ją w tamtej chwili stać. Robot zachwiał się, oddalając od niej na kilka kroków, zaś Yakiimo wylądowała na kolanach. Ktoś z dołu zawiwatował, ale został błyskawicznie uciszony przez zdenerwowaną Fukao, która od kilku minut usilnie próbowała skontaktować się ze służbami ratowniczymi. Dowiadywała się jedynie, iż drogi zostały zablokowane i nawet pogotowie czy straż pożarna nie potrafiły przedostać się do centrum. Nerwowo pocierała dłonie, podczas gdy Inami walczyła o swoje życie z maszyną. Wydawało jej się to tak niemożliwe, że nabrała ochoty wyśmiania całego tego syfu, w który została wpakowana. Natomiast Mayako starannie śledziła poczynania jej nowej koleżanki, mając nadzieję, iż jakoś uda się ją uratować.
Wtem wojskowa wreszcie go zobaczyła. Skoczył na maszynę, uderzając ją swoją odzianą w tytanową stal pięść, czym posłał robota z powrotem do wnętrza budynku. Yakiimo z przestrachem spojrzała na poważnie wyglądającego blondyna, który nie spuszczał wzroku ze swojego wroga. Do jego drugiego ramienia ktoś przymocował czarno-czerwoną, okrągłą tarczę. Inami skonsternowana uniosła brew, bezczelnie mierząc żołnierza wzrokiem.
— Ile razy mam powtarzać, że wolę miliardera w zbroi? — mruknęła pod nosem, tym samym zwracając na siebie uwagę wybawiciela.
— Kapitan Uzumaki Naruto. — Uśmiechnął się przelotnie. Wówczas wydał jej się znacznie młodszy, niż w rzeczywistości. — Dowodzę tamtym oddziałem. — Kiwnął głową za siebie.
— Inami Yakiimo — odburknęła.
Ruszyła krok do przodu, a wtedy coś zabrzęczało w jej w kieszeni. Sięgnęła po przedmiot i już po chwili trzymała między palcami nieśmiertelnik Mayako. Szybko powiodła wzrokiem po sprzętach kuchennych, zdając sobie sprawę, że opracowała plan doskonały. Potrzebowała tylko trochę czasu, a stojący obok mężczyzna z łatwością mógł go zapewnić.
— Ej, zaatakuj go — wskazała na gramolącego się robota.
Prawdopodobnie miał jakieś usterki w systemie, bo z poszczególnych części leciały pomarańczowe iskry. Nim Naruto zdążył jakkolwiek zareagować, blondynka pognała przed siebie, przeskakując i lawirując między stertami gruzu. Czuła tu nieprzyjemny swąd pyłu, wdzierającego się jej do nozdrzy, także gardła. Opadła na jedną z takich górek, raniąc kolana oraz dłonie, gdy zamaszyście zabrała się za odkopywanie srebrnego urządzenia, które dostrzegła, gdy weszła tutaj po raz pierwszy. Paznokcie boleśnie przesuwały się po kamieniach, odrzucając je gdzieś w bok.
— Nie uda ci się! — ryknął z wnętrza maszyny, która na komendę przyspieszyła kroku, idąc dokładnie w jej stronę.
Wiedziała, że tym razem użyje na niej wyłącznie siły fizycznej; broń palna w tak małym pomieszczeniu wyrządziłaby wiele szkód także jemu. Poza tym, nic nie daje większej satysfakcji, niż wyżycie się na kimś przy pomocy swoich pięści. Wtedy tarcza uderzyła maszynę w korpus, zatrzymując jej pochód. Odbiła się, a Naruto złapał ją w locie, obrócił się w powietrzu i ponownie uderzył środkiem swojej broni. Yakiimo instynktownie przyspieszyła odkopywanie, gorączkowo szukając mikrofalówki ukrytej pod stertą pozostałości po ścianie.
Uzumaki z jękiem zderzył się ze ścianą, wypuszczając tarczę tuż przy nodze Inami. Od wielu miesięcy nie posługiwał się takowym uzbrojeniem; bazował na zwykłych karabinach. Odkąd dostał order najlepszego żołnierza w kraju, przydzielono go do zaawansowanej jednostki mające za zadanie chronić Japonię i rząd od wewnątrz. Stacjonował zwykle gdzieś w ukrytych bazach w Tokio, dowiadując się o konfliktach i wojnach, do których nie posiadał bliższego dostępu. Sporadycznie wykonywał, w jego mniemaniu, bzdurne misje, aż do dzisiaj. Jadąc tu nie spodziewał się walki z robotem, Wręcz przeciwnie, gdy ujrzał Mayako był przekonany, że jest po wszystkim, a potem zobaczył ten wybuch i prawie spadającą dziewczynę w opłakanym stanie.
Wierzchem dłoni otarł kącik ust, skąd spływała krew, po czym uśmiechnął się szelmowsko.
— Twój filmowy odpowiednik powiedziałby mogę tak cały dzień — rzuciła pod jego adresem.
Stała hardo naprzeciw robota, przed sobą mając usytuowaną na krzesełku, działającą mikrofalę z nieśmiertelnikiem włożonym do środka. Urządzenie trzeszczało, wydając z siebie bliżej niezidentyfikowane dźwięki. Naruto poczuł zapach ulatniającego się gazu; Yakiimo, nim przygotowała swój sprzęt, odkręciła zawór w ścianie. Blondyn rozszerzył oczy, przypatrując się kobiecie, którą zaczął uważać za niezrównoważoną. Wiedział, że jeśli tak dalej pójdzie, to wysadzi ich wszystkich w powietrze, a jemu, mimo ostatnimi czasy nudnej pracy i równie beznadziejnego życia osobistego, nie spieszyło się na tamten świat. Zerwał się do biegu, chwycił tarczę i Yakiimo w pasie, odciągając ją na taras.
Ostatnie iskry wydobyły się z wojskowej ozdoby. Potem był tylko ogień; najpierw eksplozji uległa mikrofalówka, natomiast kiedy płomień zetknął się z gazem, wybuch powiększył się, przypominając kulę, która rozsadziła sufit, ściany, przy okazji niszcząc robota. Blondyn zepchnął Inami na krawędź balkonu, uklęknął przed nią i zasłonił ich oboje tarczą. Niesamowicie silna fala uderzyła w niego, prawie spychając na półprzytomną dziewczynę. Presja walki wywarła na nią niekorzystny wpływ, więc usilnie trzymała się jego wojskowej kurtki, szlochając cicho. Na okrytych spodenkami udach odczuwała piekący ból. Słyszała, jak chłopak wydał z siebie gardłowy dźwięk, wszędzie wokół widziała czerwień, dym i swąd palonego ciała. Być może osoba siedząca w robocie próbowała się wydostać, nim było za późno na ratunek.
Naruto opadł na nadgarstki, odrzucając rozgrzaną do czerwoności tarczę. Widok na pobojowisko zasłaniały mu wielokolorowe mroczki przed oczami. Na swoich plecach poczuł drobną, trzęsącą się dłoń. Odwrócił się ku niej, wciąż znajdując na kolanach. Delikatnie ujął jej pokrytą brudem twarz, krzyżując spojrzenie z szarymi oczami.
— To był najbardziej popierdolony pomysł, jakiego w życiu doświadczyłem — oświadczył grobowym tonem, na co dziewczyna ze śmiechem otarła łzy.
— Pewnie, jak otworzę oczy to znikniesz — powiedziała.
Odchyliła się niebezpiecznie do tyłu, a on złapał ją za nadgarstek i mocno przyciągnął do siebie. Przymknęła powieki, delikatnie poruszając popękanymi wargami.
— Za bardzo przypominasz prawdziwego Kapitana, by naprawdę istnieć — szepnęła.
Potrząsnął nią lekko i poklepał po policzku, próbując ocucić. Bał się, że Yakiimo umrze na jego rękach, po tym jak bohatersko wybawiła ich z opresji. Naruto wiedział, że w starciu z uzbrojonym robotem, nie miałby szans na wygraną.
— Tacy ludzie jak on nie żyją.
— Hej!
Odgarnął jej włosy z twarzy, przerażony faktem, iż tak nagle straciła przytomność. Przyłożył dwa palce do szyi i odetchnął z ulgą, pod opuszkami czując ruch. Pochylił się nad nią, zetknął ich czoła oraz zamknął oczy. Gdy nadleciał helikopter, a pierwsze wozy strażackie podjechały pod walący się budynek, dwójkę przytulonych do siebie osób wciąż otaczał gęsty dym.
Do tej pory, stojąca niedaleko, czarna furgonetka, odjechała, pozostawiając za sobą ewakuowanych przez policję ludzi. Kierowca zaśmiał się pod nosem, ściskając między wargami drewniany patyczek. Sięgnął po telefon i wybrał jedyny numer, jaki posiadał.
— Zdobyłem wszystko, co chciałeś. Teraz pora na resztę. — Zaśmiał się ochryple.


<<>>

Dwie godziny później.
— W centrum Tokio doszło do dwóch wybuchów. Eksplozji uległ jeden z magazynów głównego komisariatu. Według śledczych, sprawcy całego zamieszania dopuścili się także kradzieży najnowszej technologii bojowej. Jedna z ofiar ataku została natychmiast przewieziona do szpitala; jej stan jest stabilny. Świadkowie zdarzenia twierdzą, że kobieta walczyła z jedną z maszyn. Czy rząd ukrywa przed nami jakiś wewnętrzny konflikt? Pani Fukao, jak się pani ustosunkuje go zarzutów ze strony społeczeństwa?
— Pani Fukao!
— Śledcza Fukao!


Dziesięć godzin później.
— Nieznany wcześniej terrorysta ponownie zaatakował. Na obrzeżach stolicy trzy budynki wysadzono w powietrze. Były to: więzienie, sierociniec i przytułek dla bezdomnych. Przeżyła minimalna liczba ludzi, zaginionych szacuje się na dwadzieścia pięć osób. Służby ratunkowe, w tym specjalna jednostka wojskowa, badają teren, w poszukiwaniu ciał i jakichkolwiek poszlak. Uważa się, że sprawcą zamieszania jest człowiek, który niedawno wypowiedział wojnę całemu światu.
— Panie kapitanie, co sądzi pan o całej sprawie?
— Proszę zabrać kamerę, nie będę z panią rozmawiał.
— Ilu ludzi zginie zanim go znajdziecie?!
— Niech pan wreszcie przyzna, że rząd Hiruzena Sarutobiego przegrywa!
— Chłopcy, zabierzcie ich stąd. To nie jest miejsce dla dziennikarzy!


Czternaście godzin później.
— W dzielnicy Minato, Ginza oraz Shibuya doszło do licznych zamieszek z udziałem policji. Wychodzący na ulice ludzie niszczyli samochody, wybijali szyby w sklepach, palili kosze na śmieci, wyrażając swój protest wobec niemocy władz. Społeczeństwo zaczyna bać się kolejnych ataków, którym nie można zapobiec. Co, jako obywatele dotąd bezpiecznego kraju, powinniśmy zrobić?


Dwadzieścia siedem godzin później.
— Nieznani sprawcy dopuścili się napadu na funkcjonariuszy jednostki wojskowej, której przewodzi kapitan Uzumaki Naruto. W wyniku strzelaniny, ranny został sam dowódca, dwóch żołnierzy zginęło na miejscu, jeden w ciężkim stanie został przewieziony do szpitala. Obecnie najlepsi chirurdzy walczą o jego życie. Natomiast kapitan, wraz z całą załogą, przebywają na oddziale obserwacyjnym. Przestępców nie udało się zatrzymać, jednak monitoring uchwycił tablice rejestracyjne ich samochodu. Obecnie policja wszczęła postępowanie.


Czterdzieści osiem godzin później.
Pełną piersią wciągnęła powietrze do płuc, rozkoszując się jego czystym smakiem. Z szeroko otwartymi oczami, wpatrywała się w nieznaną jej dotąd biel, kawałek po kawałku badając ją wzrokiem. Czuła otępienie, zdrętwiałe mięśnie bolały ją w ten nieprzyjemny, irytujący sposób, a głowa pulsowała, sprawiając, że już po sekundzie wykrzywiła usta. Ostrożnie rozejrzała się po pomieszczeniu; sala była nienagannie czysta. Pachniało tu kwiatowym odświeżaczem powietrza oraz cytrynową pastą do podłogi, której nie znosiła. Taką samą czyszczono jej celę w więzieniu, kiedy wypuszczano oskarżonych na spacerniak. Swoją drogą, szpital niewiele różnił się od placówki, gdzie wcześniej przebywała. Tu też miała ściśle określone, co jej wolno, czego nie, zaś jedzenie było identycznie obrzydliwe.
Powoli odwróciła twarz w bok, jęcząc pod nosem. Na małym taborecie obok łóżka siedziała Mayako, zapatrzona w ekran telefonu. Nieznośnie marszczyła brwi i przygryzała wargę, aż w końcu Yakiimo zdołała wydusić z siebie kilka słów:
— Długo spałam?
Okanao zaskoczona poderwała wzrok ku górze, przyglądając się twarzy swojej kompanki. Ostatni raz słyszała jej głos, gdy wchodziły do budynku, potem widziała tylko, jak dziewczyna i Naruto zmagają się z czymś dziwnym.
— Dwa dni — szepnęła ostrożnie.
Yakiimo zgodnie kiwnęła podbródkiem, a pod powiekami poczuła łzy. Nagła fala stresu powróciła do niej, przyspieszając bicie serca kontrolowanego przez monitor, toteż pikanie także nabrało pędu, wprawiając w przestrach samą Mayako. Blondynka błyskawicznie zasłoniła się dłońmi, mocno dociskając je do skóry. Żałośnie pociągnęła nosem, z ust wypuszczając drżące powietrze.
— Ten kapitan, co z nim? — wyszeptała ochryple, ukrywając szloch przed wojskową. Okazywanie słabości przy żołnierzu wydawało jej się wyjątkowo nie na miejscu; nie wiedziała, jak bardzo Mayako była przerażona tym, co wczoraj widziała.
— Brał udział w strzelaninie. Został ranny, ale żyje. Prawdopodobnie wrócił już do pracy… Terrorysta zaatakował inne placówki, więc rząd zdecydował się na ewakuację obywateli poza stolicę. Wprowadzono alarm czwartego stopnia. — Wyjaśniła, pocierając ręce. — Kolejny stopień oznacza, że miasto jest już gruzowiskiem — dodała.
Inami wstrzymała oddech, po czym podniosła się do pozycji siedzącej, zsuwając nogi z łóżka. Na jej prawy nadgarstek założono sztywny, granatowy temblak, a talię starannie owinięto bandażem. Stopy miała bose; ubrana jedynie w szpitalną koszulę nocną, trzęsła się z zimna. Objęła ramionami ciało i spuściła głowę w dół.
— Dwa lata temu dałabym sobie radę.
— Teraz też. — Mayako położyła jej dłoń na ramieniu. — Kaori czeka na korytarzu, powinniśmy pójść po wypis dla ciebie. — Wstała, po czym zarzuciła na siebie jeansową kurteczkę. Yakiimo natomiast podała starte bojówki i szarą bluzę. Odkąd informacje o zamachach wyciekały do mediów, Raikage nakazał im zachowywanie anonimowości do czasu złapania fanatyka.
Kryminalistka nieśmiało odebrała rzeczy od Mayako, która przypatrywała się jej z niezrozumieniem na twarzy. Koleżanka wyglądała na spłoszoną samą obecnością starszej od siebie kobiety, a takowe zachowanie kompletnie nie pasowało jej do Yakiimo. Blondynka zdjęła z siebie szpitalne ubranie, pozostając w samej bieliźnie. Wówczas wzrok Mayako przykuły dwie blade blizny, jedna na dole  brzucha po prawej, druga tuż pod stanikiem; obie pionowe, jakby po cięciu jakimś ostrym przedmiotem. Yakiimo zawstydzona błyskawicznie naciągnęła na siebie dres i wsunęła czarne trampki. Ręka zabolała ją przy gwałtowniejszych ruchach, lecz biegnące po kilku różnych torach myśli zignorowały impulsy.
Wyszły na zewnątrz. Fukao zdzieliła je po głowie za takie długie oczekiwanie i była zła, dopóki Mayako nie przyznała, że zwyczajnie bała się obudzić ofiarę wybuchu zanim sama nie otworzyła oczu, co Yakiimo skwitowała prychnięciem. Wsiadły do czarnego samochodu, za którego kierownicą zasiadła prawowita właścicielka, czyli Kaori. Każda z nich milczała, obawiając się zacząć ten niewygodny dla nich temat: jeśli miasto zostaje ewakuowane, to co z nimi?
Pod budynek głównego komisariatu podjechały po zaledwie kilku minutach; Fukao przeczuwała, że żadna nie da rady długo siedzieć w jednym miejscu i patrzeć na rzesze wlokących się po chodnikach ludzi, obładowanych torbami, pakunkami, z dziećmi trzymającymi się za ręce. Jak na rozkaz opuściły auto, w milczeniu wchodząc do obszernego holu, gdzie Maya i Kaori pokazały ochroniarzowi swoje dokumenty tożsamości, a za jego podejrzliwe spojrzenie wobec kryminalistki, Yakiimo odpłaciła się środkowym palcem. W naciągniętym kapturze i z grobowym wyrazem twarzy, prezentowała się, niczym prawdziwy morderca, którym z resztą była.
Udały się prosto do sali wskazanej przez komisarza. Po całej akcji oznajmił, że musi koniecznie porozmawiać z premierem, a one mają prawo do odpoczynku, treningu czy czegokolwiek co sobie zażyczyły. Yakiimo pierwsza wpadła do środka, prawie wyrywając drzwi z zawiasów. Obie kobiety wiedziały, iż jest na siebie wściekła; obwiniała się za spowodowanie drugiej eksplozji oraz przegraną walkę z maszyną. W dodatku nie rozumiała, dlaczego zemdlała, skoro skończyło się na skręconej ręce. Na dwóch, kolistych, ułożonych na przeciw siebie kanapach siedziała grupka śmiejących się osób. Mayako zamarła, kiedy jej wzrok skrzyżował się z ciemnymi oczyma należącymi do osoby, której nie widziała od wielu tygodni. Uśmiechnął się do niej delikatnie, po czym wstał, odłożył piwo na stolik i podszedł, wyciągając do niej swoje ciepłe ręce. Ujęła je natychmiast, by chwilę później przylgnąć do szerokiego torsu mężczyzny.
— Zaczyna się. — Naruto ostentacyjnie przewrócił oczami, wymieniając się cichymi uwagami z siedzącym obok niego czarnowłosym chłopakiem, który zachichotał, a potem poklepał kapitana po barku.
— Hoshi, zechcesz mi to wyjaśnić? — Fukao wystąpiła naprzód, krzyżując ramiona na piersi. Wokół zaległa cisza, przerywana tylko pojedynczymi szlochami Okanao, kryjącej twarz w zagłębieniu szyi chłopaka.
— Nie. — Ciemnowłosa dziewczyna, siedząca obok kolejnego nieznajomego człowieka, wstukiwała coś w swojego małego laptopa, przygryzając opuszkę kciuka.
Od kilku godzin wykonywała najmniejsze polecenia Raikage. Przemieszczała się wyłącznie między tamtym pokojem a archiwum, skąd próbowała zaczerpnąć więcej informacji o Pierwszym Oddziale Wywiadu. Łudziła się, że skoro nie przyda się bezpośrednio na froncie, zrobi wszystko, by dziewczyny wiedziały, jak i z kim mają walczyć. Dopiero późnym wieczorem zjawiła się tam grupka nieznanych jej mężczyzn, aczkolwiek niezbyt interesowali się tym, co robiła, więc ze spokojem dokańczała swoją pracę. Po raz setny skanowała magazyn, zanim został doszczętnie zniszczony, doszukując się jakichkolwiek poszlak.
— Zostaliśmy wmieszani w sprawę. Jestem Gaara Sabaku, pilot wojskowy. Ci tutaj to kryminalni Madara i Sasuke Uchiha, a dalej kapitan specjalnego oddziału Naruto Uzumaki, obok Itachi Uchiha. Kakashi to, cóż, naczelny prokurator i facet Mayako. — Wskazał na szarowłosego mężczyznę, opiekuńczo głaskającego fioletowe włosy swojej dziewczyny.
— Uchiha! — Yakiimo zaśmiała się i rozłożyła ramiona na boki, uprzednio odsłaniając swoje oblicze. Obaj zerwali się na równe nogi, zaś Uzumaki prawie udławił się piwem. Gaara musiał podejść do niego i porządnie poklepać po plecach, by przestał kaszleć.
— Co ona tu robi? — Madara z zakłopotaniem podrapał się po karku, rozluźniając. Nie przeczuwał żadnego postępu, jednak widok więźniarki w takim środowisku przyprawiał go o lekki szok, wręcz niedowierzanie.
— Nieudolnie ratuję świat, nie widać? — podniosła prawy nadgarstek do góry, zaciskając wargi w wąską linię. — I przechodzę na stronę Kapitana — mruknęła pod nosem.
Usiadła na brzegu, tuż obok Uzumakiego, który nie mógł powstrzymać się od uśmiechu. Dziewczyna przypadła mu do gustu w chwili, kiedy zaserwowała kopniaka niszczycielskiej maszynie. Potem wydawała mu się jeszcze bardziej interesująca, zwłaszcza, jak wysadziła ich w powietrze.
— Nie lubię, kiedy wchodzisz w takie gówna. — Kakashi docisnął usta do skroni Okanao, przymykając powieki.
— Sam w nich pracujesz — odgryzła się, odsuwając na kilka centymetrów; nawet ta przestrzeń boleśnie ją raniła. Zbyt mocno tęskniła, aby nie zatrzymać go teraz przy sobie na znacznie dłużej, niż zazwyczaj.
Zaprowadził ją za rękę w kierunku kanapy, po czym usiadł, przyciągając ją do siebie, tak że policzkiem stykała się z jego klatką piersiową. Mokrą od łez twarz ukrywała pod kotarą włosów. Piekły ją oczy, ale wciąż nie umiała zasnąć. Oczekiwała na rozkazy, od dwóch dni siedząc bezczynnie i popijając kawę w towarzystwie małomównych pracowników komisariatu.
— Raikage kazał mi przekazać wam kilka rzeczy do zrobienia. — Hoshi poprawiła się na siedzeniu, prostując. — Otóż, musimy na zmianę patrolować miasto. Gaara zadeklarował się, że zajmie się tym osobiście. Dalej, należy pogadać z ministrem, jeśli nie wyda nam więcej jednostek, może być po nas. Ewakuacja zajmuje zbyt wiele czasu. Kakashi liczę na ciebie. — Hatake kiwnął głową, gdy Akairo spojrzała mu prosto w oczy. — Należy też odebrać sprzęt od techników. Ja i Sasuke zgłaszamy się na ochotników. — Na jej policzkach wykwitły miniaturowe rumieńce, zaś młodszy Uchiha uśmiechnął się zadziornie. — Pozostaje nam kwestia pewnego człowieka, o którym mówiłam wam dwa dni temu. Właściciel jakiegoś baru, podobno zdobywa informacje, zanim ktokolwiek zacznie działać. Powinniśmy przekabacić go na naszą stronę. Lokal nosi nazwę…
— Bastard.
Yakiimo przyciągnęła uwagę pozostałych. Kąciki jej ust uniosły się bezczelnie, a w oczach pojawiły się iskierki, które trzy kobiety miały okazję zauważyć pierwszego dnia ich współpracy.
— Tak, ale… — zająknęła się zbita z tropu ciemnowłosa.
— Skąd wiem? Jego właścicielem jest Hidan, a właściwie tylko w połowie, bo widzisz, pięćdziesiąt procent... należy do mnie.
Oblizała spierzchnięte wargi, powodując, iż Naruto wciągnął powietrze do płuc, a Mayako nagle oprzytomniała, bo oto Inami stała się ich kluczem do sukcesu.


<<>>


Yakiimo: Cześć i czołem! Niestety nie mogę oderwać się od Wywiadu i za każdym razem, jak próbuję się uczyć, czytać, oglądać filmy, to moje myśli uciekają gdzieś na tor tych czterech dziewczyn, które stworzyłam. Mam już pomysł na trójeczkę, za to Teoria stoi i płacze. Oficjalną betą tego cyklu została Mayako, co zapisałam w zakładce autorskie, żeby nie było. xD Wywiad powoli zamienia się w coś rodem z Marvel’a, ale przyznam, że za każdym razem, jak piszę, gdzieś w tle leci Kapitan Ameryka, Iron Man albo Avengers, także nie wińcie mnie. ;) Poza tym moja słabość do niebanalnych romansów znów się uaktywnia, toteż prawdopodobnie wplotę tu bardziej cukierkowe sceny, ale nie martwcie się, Greya tu raczej nie będzie. xD
CREATED BY
MAYAKO
ART: Kase661