piątek, 25 sierpnia 2017

Nauczyciel

Manga: Naruto.
Kategoria: dramat.
Inspiracje: —
Cytat: Haruki Murakami — Koniec świata i hard-boiled wonderland
Uwagi i ograniczenia: Ta partówka to pierwsze uzupełnienie historii Wywiadu. Została w całości poświęcona Kibie, który po stracie siostry boryka się z szarą rzeczywistością. Wszystko, co go otacza, przypomina mu o Yakiimo — dziewczynie, uczącej Inuzukę, jak żyć. Chłopak wspomina spędzone z nią czasy, może dlatego to krótkie opowiadanie nie jest wypełnione akcją, a jedynie smutkiem głównego bohatera.
Zanim, drogi czytelniku, zaczniesz czytać poniższą partówkę, zapoznaj się z Wywiadem, który odnajdziesz w zakładce autorskie.


“Poza tym jest na świecie taki rodzaj smutku,
którego nie można wyrazić łzami.
Nie można go nikomu wytłumaczyć.
Nie mogąc przybrać żadnego kształtu,
osiada cicho na dnie serca jak
 śnieg podczas bezwietrznej nocy.”



— Za chwilę się spóźnimy! — wrzasnęła z drugiego pokoju, podczas, gdy on starał się wepchnąć do torby kilka zeszytów na raz, skacząc przy tym na jednej nodze.
Krawat miał niedbale przewieszony przez ramię, górne guziki koszuli niezapięte, a spodnie krzywo uprasowane. Poza tym oboje byli wyjątkowo nieprzytomni; po długiej przerwie, podczas której zasypiali nad ranem, wczesne wstanie okazało się nie lada wyzwaniem, nawet dla wiecznie pobudzonego Kiby. Zaklął pod nosem, gdy o mały włos nie stracił równowagi, ale uśmiechnął się zwycięsko, zapinając zamek torby.
Yakiimo wypadła z sąsiedniego pomieszczenia, naciągając na łydki swoje czarne zakolanówki. Włosy jak zwykle zebrała w dwie figlarne kitki. Według jej brata tylko podkreślały fakt, że jest mocno postrzelona, ale ona obnosiła się z nimi dumnie, jakby były największym skarbem. Popatrzyła na jego sterczące kosmyki i podkrążone oczy, które skomentowała ostentacyjnym prychnięciem,
— Słabeusz — dorzuciła, chwytając jego krawat, po czym starannie zawiązała go pod szyją Inuzuki.
— Mam ci przypomnieć, kto pozbawił nas kawy? — Uniósł brew, krzywiąc się, kiedy opiekuńczym gestem pogłaskała go po policzku.
Był od niej starszy, a mimo to coraz częściej zachowywała się niczym jego opiekunka. Ktokolwiek się do niego zbliżył, był natychmiast obserwowany, a jeśli komuś zachciało się na nim wyżyć, kończył w szpitalu z poważnymi obrażeniami. Jednak Kiba nie ośmielił się zwrócić jej uwagi. Doskonale wiedział, czym spowodowana jest ów troskliwość; sam wielokrotnie zabraniał wychodzić Yakiimo wieczorami, bojąc się, iż jakiś nieciekawy typ położy na niej swoje łapska. Ich relacja była zbyt skomplikowana, a przez to cholernie silna, niemal nierozerwalna. Zawsze wybierał dobro Inami, ona zawsze stawiała go na pierwszym miejscu. Widział to w jej słowach, staraniach, każdym uśmiechu zarezerwowanym tylko dla niego.
Zeszli na dół, mijając po drodze staruszkę, która wręczyła im po cukierku. Kiba wyprowadził rower, natomiast Yakiimo starym zwyczajem usiadła na bagażniku, komentując słabą kondycję brata i za małą prędkość, przez co chwilę później wydzierał się na nią, jednocześnie próbując zrzucić na ziemię. Kiedy znaleźli się przed budynkiem liceum, wciąż śmiała się głośno, trzymając za brzuch, on zgrzytał zębami. Oboje natykali się na szmery i zaciekawione spojrzenia, ale — w odróżnieniu od chłopaka — Inami niezbyt się nimi przejmowała. Nikt nie chciał z nią zadzierać, toteż wszystkie plotki na jej temat gasły zanim zdołały dobrze się rozprzestrzenić. Kiba to co innego. Matka prostytutka i nieznany ojciec stanowiły nieodzowny element jego edukacji czy zawiązywania przyjaźni.
— Uciekam na drugie piętro — poinformowała go, łapiąc za ramię i na sekundę wieszając się na jego szyi. Przewrócił oczami, wydając z siebie zniecierpliwione stęknięcie. — Zobaczymy się w porze lunchu.
Weszła na schody, pomachała mu i pospiesznie odwróciła się na pięcie, wspinając. On mimowolnie stał, czekając, aż zniknie mu z pola widzenia, i dopiero potem ze spokojnym sumieniem udał się do odpowiedniej sali. Nie patrzył na nikogo, licząc, że on także szybko im się znudzi, ale to beznadziejne życzenie o byciu normalnym, szarym uczniem pojawiało się w głowie Kiby od ponad roku. Wciąż ochoczo omawiali jego prywatne życie, wymieniając się informacjami, nawet tymi, które nigdy nie istniały, jak chociażby to, że jego matka wróciła do Tokio. Gdyby naprawdę tak było, odnalazłby ją tylko po to, aby podziękować za porzucenie. Odkąd został z Yakiimo, wiodło mu się znacznie lepiej — właśnie dlatego był w stanie wytrzymać ogrom plotek.
— Na dzisiejszej lekcji omówimy większość strategii, które nasz kraj zastosował w czasie drugiej wojny światowej. Przejdźmy zatem do…
Mimowolnie zerknął w okno. Październikowe słońce było słabe, większą część nieba przysłaniały szare chmury; drzewa powoli gubiły swoje liście, a on zdał sobie sprawę, jak wiele czasu upłynęło od ich poznania. Pojawiła się jako cicha, niebezpieczna dziewczyna o wyrazie twarzy kogoś, kto przeszedł przez piekło. Potem nauczyła go czuć życie.


— Otwiera się pan szybciej, niż przypuszczałem, ale będziemy zmuszeni na tym skończyć. — Spojrzał na niego spod grubych szkieł. — Umówmy się na przyszły tydzień, o tej samej porze, zgoda?
— Postaram się przyjść, ale wie pan, zajęcia. — Zakłopotany podrapał się po karku, a widząc zaciekawione spojrzenie swojego terapeuty, dodał: — Wróciłem na studia.
— To wspaniała nowina, panie Inuzuka. Nigdy nie jest za późno, żeby zacząć się rozwijać. Proszę w takim razie do mnie zadzwonić, umówimy termin telefonicznie.
Zamknął swój pokaźnej wielkości notatnik i wstał, podając Kibie dłoń. Chłopak zarzucił na siebie ciepły płaszcz, po czym pospiesznie opuścił pomieszczenie. W poczekalni zastał zasypiającą, wspartą o laskę staruszkę oraz zapłakaną kobietę, z której gardła wydobywały się pojedyncze szlochy. Zmarszczył brwi, skinął jej głową, kiedy popatrzyła na niego lekko przestraszona, i zbiegł na dół, pokonując kilka schodów na raz.
Na zewnątrz było zimno, wiatr szarpał jego ubraniem, a ciemne chmury kłębiące się nad głowami przechodniów zwiastowały nadchodzący deszcz. Dawniej lubił jesień; złote barwy, liście, które, nie zważając na wiek, rozsypywali, długie wieczory spędzane nad książkami. Zgarbił się, wciskając nos w kołnierz, i biegiem przekroczył ulicę, chcąc udać się bezpośrednio do mieszkania. Odkąd wrócił na uczelnię, jednocześnie biorąc udział w sesjach terapeutycznych po stracie siostry i spotykając się także z jej mordercą, czego nikomu nie mógł wyjawić, ciągnęło go do spokojnej samotności w domowym zaciszu. Na samą myśl o ministrze coś mocno ścisnęło go w dołku; niemal odniósł wrażenie, że niewidzialna pięść Yakiimo właśnie go uderzyła. Wyobraził sobie wyraz niezadowolenia na jej twarzy, ale zaraz potem odepchnął ją od siebie. Lekarz zabronił mu zbyt często wracać do niej myślami.
Zaciśnięte w pięści dłonie wsunął do kieszeni i odruchowo przyspieszył kroku. Od paru dni czuł się obserwowany, nawet zaczął podejrzewać Shimurę, ale ten jakoś niespecjalnie wykazywał nim zainteresowanie, chociaż był osobą najbliżej powiązaną ze zmarłą Inami. Przygryzł dolną wargę, garbiąc się jeszcze bardziej. Zupełnie wyłączony z życia, kluczył między przechodniami. Kiedy wreszcie udało mu się dotrzeć do starej kamienicy, w której tymczasowo pomieszkiwał, był zziębnięty i — mimo rozmowy z terapeutą — wcale nie odczuwał ulgi. Wręcz przeciwnie, coś bez uprzedzenia usiadło na jego barkach, sprawiając, że pustka w sercu stawała się większa z minuty na minutę.
— Wróciłem — rzucił w przestrzeń.


— Czemu tak późno? — Nadęła policzki.
Ubrana w różowy fartuszek, z poplamioną sosem łopatką wyglądała jeszcze zabawnie niż zwykle, więc posłał jej jeden ze swoich wdzięcznych uśmiechów. Przewróciła oczami, litościwie kręcąc przy tym głową. On zrzucił z siebie przemoczone ubranie i dopiero wtedy poczuł przyjemny zapach przygotowywanej przez nią kolacji. W kuchni panował klimatyczny półmrok, Yakiimo cicho nuciła pod nosem, kręcąc przy tym biodrami i jednocześnie mieszając coś na patelni. Przeczesał swoje wilgotne włosy, po czym usiadł przy starym, drewnianym stole, czekając, aż skończy gotować.
— Smakuje ci? — zapytała kilka minut później z wyraźnym przejęciem w głosie.
— Jasne — odparł z pełną buzią, podczas gdy Yakiimo nerwowo wycierała dłonie w ścierkę.
Przeczuwał, że chce mu coś powiedzieć, ale nigdy nie była dobra w kontaktach z innymi ludźmi. Owszem, umiała negocjować, wchodzić w słowne gierki i manipulować, ale jeśli chodziło o jakiekolwiek wyznania czy prośby, zwyczajnie wymiękała. Odstawił talerz na bok i popatrzył na nią wyczekująco.
— Myślałam, czy nie zacząć pracować dla Hidana — wyszeptała, wzrokiem uciekając gdzieś w bok.
— Nie ma mowy — powiedział poważnym tonem, na który zareagowała grymasem. Nie znosiła, gdy zaczynał udawać prawdziwego starszego brata. — Nie patrz tak na mnie.
— Potrzeba nam pieniędzy. Mogłabym wziąć część twoich zmian. Miałbyś czas na studia. Poza tym zbliżają się święta. — Przygryzła dolną wargę, a szmatkę docisnęła do piersi.
W tej jednej chwili wyglądała jak bezbronna, młoda kobieta, ale Kiba znał ją zbyt dobrze, by nabrać się na ów pozę. Zamlaskał pod nosem, po czym wyminął Yakiimo bez słowa. Nie zamierzał jej ignorować, musiał tylko zastanowić się, w jaki sposób przemówić do rozumu najbardziej upartej dziewczyny na całym świecie. Ruszyła jego śladem, posłusznie oczekując odpowiedzi.
— Hidan to zły człowiek. — Usiadł na kanapie i sięgnął po pilota, ale szybko mu go zabrała, hardo wlepiając w niego spojrzenie. — Faceci będą cię obłapywać albo, co gorsza, pomyślą, że się sprzedajesz.
— Umiem się obronić — naburmuszyła się.
— Nie, Yakiimo — warknął.
— Podaj choć jeden racjonalny argument. — Oskarżycielsko wymierzyła w niego palcem.
— Nie.
— Bo żadnego nie masz.
— Bo nie zamierzam kontynuować rozmowy z takim gówniarzem. Idź do siebie, jestem zmęczony. — Odwrócił głowę w bok.
Wydała z siebie coś na wzór warknięcia, tupnęła nogą i, wchodząc do pokoju, z impetem trzasnęła drzwiami, tak, że podskoczył na sofie. Nie odezwała się przez tydzień, a koniec końców i tak idąc do pubu, zobaczył ją w czarnej sukience i białym fartuszku.


Od czasu jej śmierci nie sypiał zbyt dobrze. Budził się zlany zimnym potem, zaś wszystkim, którzy zauważali jego podkrążone oczy, wmawiał przepracowanie lub przeziębienie. Tymczasem za każdym razem, gdy udało mu się na dłużej zamknąć powieki, widział ją; zakrwawione ciało, puste spojrzenie, to, jak bezwładnie wisiała w ramionach swojego brata. Nie był wstanie przypomnieć sobie uczuć, jakie wówczas mu towarzyszyły. Pamiętał jedynie, iż rzucił się na Yahiko, chyba oboje coś krzyczeli, potem pojawiło się jeszcze więcej strażników. Nigdy nie przeżył takiego szoku. Nieporównywalna do niczego innego strata ukochanej osoby sprawiła, że nie potrafił normalnie obcować z pozostałymi członkami oddziału. Unikał ich niczym ognia. Bał się niepotrzebnych pytań, współczucia, zagadkowych spojrzeń. Bał się, że patrząc na nich, ujrzy Yakiimo, ponieważ tak naprawdę tylko pośród pozostałych trzech dziewczyn była szczęśliwa. Dostrzegł to w jej oczach, uśmiechu, zaangażowaniu i zaufaniu, którym bez wahania je obdarzyła. Nie poznawał jej, Yakiimo z Wywiadu była zupełnie inna, ale właśnie przez to stała się dla niego wyjątkowa.
A potem tak zwyczajnie wbił jej nóż w plecy, oświadczając, że zamierza wyprowadzić się do Hany, przestać udawać rodzinę, na poważnie zająć się swoim życiem, porzucając to usłane porażkami, nielegalny handlem, zabójstwami i siostrą przebywającą w więzieniu. Aktualnie nie miał nic, nawet tego głupiego, ciągle ryzykującego gówniarza przy boku. Nie zdążył się pożegnać, powiedzieć, że wcale nie chce jej tutaj zostawiać. Mimo to, w swojej ostatniej minucie, myślała o nim. Wyczytał to z ruchu warg, swoje imię na jej zimnych ustach.
Postukał palcami w blat szerokiego stołu, tym samym przykuwając uwagę Mayako. Ona także wyglądała, jakby miała za chwilę zemdleć. W siedzibie ministra straciła człowieka, którego kochała, wszystko przez to, że zgodził się pójść za Yakiimo. Od czasu feralnego dnia nie odezwała się do niego ani słowem. Czasami tylko patrzyła, lecz on nigdy nie miał odwagi tego odwzajemnić.
— Przejdźmy zatem dalej. — Jego rozmyślania przerwał Shimura.
Na multimedialnej tablicy wyświetlono kilkanaście zdjęć. Dopiero wtedy zauważył, że na jednym z nich, tym obok Yahiko, znajduje się twarz Yakiimo. Odruchowo wstrzymał oddech, do bólu zaciskając szczęki, a kilka spojrzeń — w tym kapitana i Kaori — powędrowało ku niemu. Musiał powstrzymywać się, żeby nie spróbować złamać blatu.
— To tylko nieliczni Bogowie, którzy mogą przebywać na terenie Tokio — wyjaśnił minister.
— Za pozwoleniem, Inami nie żyje — wtrącił Neji, celując w nią czubkiem długopisu.
Kiba poruszył się niespokojnie, maniakalnie wpatrując w teczkę leżącą przed nim. Posłuszeństwo wobec rządu to pierwsza zasada, krok bliżej do spokojnego życia. Tylk że on nie wiedział, czy po latach spędzonych z Yakiimo nadal pamięta, czym było to całe spokojne życie.
— Nic dziwnego, skoro sami ją zabiliście.
Podniósł wzrok. Naruto i Hyuuga mierzyli się wzrokiem. Pierwszy wyglądał na niemal rozwścieczonego, drugi lekceważąco obracał pióro między palcami, jakby czekając, aż Uzumaki pofatyguje się do niego.
— Należała do Bogów. To był nasz obowiązek — odparł niewzruszony Neji.
Świadomość, że nie są w stanie przeciwstawić się ani ministrowi, ani jego prawej ręce, wgryzła się w oddział do tego stopnia, że Kiba zaczął słyszeć potajemne szepty, jak tu utrudnić im obu pracę. Najwyraźniej kapitan nie wytrzymał i postanowił działać, ale Inuzuka doskonale wiedział, iż na nic zda się ta chwilowa prowokacja. Potrzebowaliby czegoś więcej, by obalić Shimurę, na przykład Yahiko, który zniknął wraz z ciałem siostry i od tamtej pory sytuacja na świecie oraz w Japonii znacznie się ustabilizowała. Miał ochotę cofnąć się do czasów, kiedy wszystko waliło im się na głowy.
Nawet nie zorientował się, że wstał. Dopiero wyczekujący wzrok ministra sprowadził go na ziemię, jednak zamiast z powrotem zająć miejsce przy stole, skinął głową, odwrócił się na pięcie i wyszedł. Gdyby go potrzebowali, wysłaliby za nim strażników i przyprowadzili siłą, ale po tym, jak powolnym krokiem wyszedł z budynku, wiedział, że nikt tam go nie chce. Kiba nie miał żadnego doświadczenia; życie spędził albo w szkole, albo za barem, dopiero teraz uczył się o ofiarach, sprawcach, zbrodniach.
— Kiba. — Usłyszał za sobą.
Odwrócił się machinalnie, z mocniej bijącym sercem. Mayako opatuliła się swetrem, a jej fioletowe włosy rozwiał wiatr. Przez chwilę milczeli, on wsunął dłonie do kieszeni i zakołysał się na piętach, wpatrując w czubki przybrudzonych glanów. Poza skrawkiem chodnika dzieliło ich znacznie więcej niż dotychczas.
— Przykro mi z powodu Yakiimo — wydusiła z siebie, delikatnie zasysając dolną wargę.
— To dotknęło wszystkich, którzy ją znali, ale dziękuję. Ja za to bardzo żałuję śmierci Kakashiego.
Nie sądził, że stać go było na tak uprzejmy i zarazem poważny ton. Po konsternacji na twarzy Okanao wywnioskował, iż początek rozmowy nie należał do najbardziej udanych. Uśmiechnął się zakłopotany, drapiąc po karku. Niemal widział, jak Yakiimo podśmiewuje się z jego nieporadności; w kontaktach z płcią przeciwną zawsze była lepsza.
— To… do zobaczenia — powiedziała równie niepewna i, ociągając się, zaczęła iść do tyłu.
— Jasne, do zobaczenia — powtórzył.
Odwróciła się, on odszedł zaledwie kilka kroków i coś gwałtownie go tknęło.
— Maya! — zawołał. Zareagowała natychmiast. — Robisz coś dziś wieczorem?
— Niespecjalnie — odparła ze wzruszeniem rąk.
— To dobrze. To bardzo dobrze — mruknął, uśmiechając się szeroko.


Miała na sobie krótką, czerwoną sukienkę, którą założyła kompletnie wbrew jemu, odsłaniając swoje niedługie, lecz idealne nogi, szczupłe ramiona i dekolt. Wyjątkowo rozpuściła włosy, a teraz przeczesywała je oraz zachęcająco kręciła biodrami, hipnotyzując swoim tańcem. Od godziny siedział na barowym krzesełku, uważnie ją obserwując i odganiając większość podpitych facetów, którzy pragnęli wykorzystać, a potem porzucić Yakiimo. Właściwie to dbał o ich bezpieczeństwo. Każdego z takowych cwaniaczków znalazłaby i zapewne pozbawiła najważniejszej dla nich części ciała.
Wypił dwa piwa, drinka, kieliszek wódki, a głośna muzyka przyćmiła jego zmysły. Potrafił skupić się tylko na niej; zmysłowych ruchach siostry, tym, że czasami zerkała na niego i uśmiechała się delikatnie. Zwykle po tym jakiś facet posyłał mu złowrogie spojrzenie. Odchrząknął zakłopotany, gdy zaczęła iść w jego stronę, wyciągając do niego dłonie. Nie umiał zbyt długo się opierać, toteż szybko wylądował między tłumem. Skrzywił się, potrącił kogoś, omal nie przewrócił samej Inami. Ta zaśmiała się perliście.
— Poczuj to — wyszeptała mu prosto do ucha.
Za sprawą dwóch słów dotarła do niego energia wszystkich tych roześmianych, skaczących ludzi wokół. Papierosowy dym, zapach alkoholu, piski kobiet i kolorowe światła lamp odnalazły także jego. Mimowolnie położył dłoń na plecach Yakiimo, po czym zdecydowanym ruchem przyciągnął do siebie. Ku niezadowoleniu jej niedoszłych adoratorów wybrała jego. Była lekko pijana, dziwnie pewna siebie, jakby klub to środowisko, w którym się wychowała. Odwróciła się tyłem, uniosła ramiona i zaczęła kołysać w takt piosenki.
Oooh you’re taking up a fraction of my mind. Ooooh every time I watch you serpentine.
Ściślej ją objął, zadając sobie sprawę, jak bardzo była wtedy krucha. Nos wcisnął w zagłębienie szyi dziewczyny, wdychając jej zapach. Miętowa guma do żucia, którą notorycznie mu podkradała, truskawkowy szampon do włosów i drogie perfumy. Odchyliła głowę w bok, odsłaniając kawałek alabastrowej skóry.
I'm tryin'. Not to think about you. No no no. Not to think about you. No no no no.
Przejechał nosem, od karku po rozgrzany policzek. Widział, jak przygryzła wargę i przymknęła powieki, nie przestając ruszać się do rytmu. Musiał przyznać, że ta piosenka tylko pogarszała sprawę; naładowana seksem, prosiła się o to, by znaleźć sobie kogoś do pary.
I'm tryin’. Not to give in to you. No no no. Not to give in to you.
Jej drobna ręka powędrowała od jego ramienia, po nadgarstek, po czym wymknęła mu się, obracając wokół własnej osi, ale, szokując go, natychmiast zarzuciła mu ręce na szyję i nieprzerwanie tańczyła. Uśmiechała się do niego szeroko, on od razu to odwzajemniał. Poczuł palce Yakiimo w swoich włosach; uwielbiał, kiedy tak robiła, co dość często wykorzystywała. Swoje własne opuszki ulokował na biodrach kobiety.
With my feelings on fire. Guess I’m a bad liar.*
Zbliżył się do niej ostrożnie. Ich oddechy zmieszały się niespodziewanie i, nim cokolwiek zrobił, Inami rozchyliła swoje pełne wargi. Delikatnie przesunął po nich ustami, dopiero potem, zachęcony atmosferą tego miejsca i uległością samej Yakiimo, wpił się w nie. Samowały słodkim winem, błyszczykiem, którym je posmarowała, oraz nią. Nie protestowała, gdy zassał jej dolną wargę ani nawet wtedy, gdy wsunął jej język do buzi. Zamiast tego położyła mu dłoń na policzku, mocniej do siebie przyciągając.
W końcu mieli tylko siebie. Dla siebie.


— Gdzie byłeś? — zapytała od progu, nim zdążył przyzwyczaić się do czyjejś obecności w jego zwykle pustym mieszkaniu.
— Na spotkaniu. Służbowym. — Skłamał.
Sam przed sobą nie mógł przyznać, że zaledwie kilka tygodni po śmierci Kakashiego, odważył się wyciągnąć jego — już byłą — dziewczynę na piwo. Jeszcze ciężej uwierzyć, że wszystko zakończył tylko i wyłącznie na długich rozmowach o przeszłości, przyszłości oraz tym, jak oboje widz to, co się wokół nich dzieje. Mayako podzielała jego zdanie na temat tego, iż Shimura przesadza w kwestii wyłapania oraz zabicia każdego, kto albo jest Bogiem, albo kiedykolwiek wchodził z nimi w interesy. Potem, jak przystało na faceta, odprowadził ją pod drzwi domu, zamienił dwa zdania z jej ojcem i, wcześniej obiecując złapanie taksówki, w środku nocy wracał do domu piechotą, mając za towarzyszy swoje kręte myśli i duch Yakiimo. Czasami zdarzało mu się ją zobaczyć, zazwyczaj gdzieś blisko. Patrzyła na niego, z raz coś powiedziała, upomniała go lub zażartowała, ale wiedział, że to tylko głupie halucynacje. Żadna z nich nie przywróciłaby jej życia. Nikt nie mógł tego dokonać.
— Nie wiedziałem, że przyjdziesz — wypalił, odwieszając płaszcz.
Zmieniła się. Miała ostry wyraz twarzy, niczym wściekła porcelanowa lalka, włosy ciasno związane w długiego kucyka, beżowy sweter i sprane jeansy. Była mdła w każdym calu, tak cholernie niepodobna do dziewczyny, z którą do tej pory mieszkał.
— Shin wziął tydzień wolnego, więc zostawiłam mu dzieci pod opieką — odpowiedziała grobowym tonem. Zaczynał czuć się jak na przesłuchaniu. — Należą mi się wyjaśnienia, Kiba — wyrzuciła z siebie, zaplatając ramiona na piersi.
Ostentacyjnie przewrócił oczami, aczkolwiek nie dała się sprowokować, więc wyminął ją i usiadł na sofie w salonie. Nie wiedział, czemu tu przyszedł, ale wydawało mu się, że w głębi mieszkania, otoczony fotografiami Yakiimo, jest bezpieczniejszy. Spostrzegł, jak Hana ze wzgardą popatrzyła na uśmiechniętą blondynkę w szkolnym mundurku i złość mimowolnie w nim urosła. Nikt nie miał prawa oceniać Inami, a już zwłaszcza ktoś, kto widział tylko czubek własnego, aroganckiego nosa.
— Nie powinna z tobą mieszkać — oznajmiła z wyższością.
— I nie mieszka. Nie żyje — wycedził przez zaciśnięte zęby.
— Wiem o tym. Media podały informację, że jakaś stuknięta kryminalistka próbowała zabić ministra. — Usiadła na fotelu obok. — Dzięki Bogu, że ciebie w to nie wciągnęła.
Zacisnął pięści, szczękę wysuwając do przodu. Musiał powoli przetrawić jej słowa, by kompletnie nie wybuchnąć. Terapeuta mówił, że niekontrolowane napady złości tylko pogorszą jego stan duszy.
— Po co tu jesteś? — Wyzywająco popatrzył jej w oczy.
— Chcę, żebyś u nas zamieszkał.
Świat, czas, jego oddech zatrzymały się tak niespodziewanie, że kilkakrotnie zamrugał, sprawdzając, czy nadal żyje. Uśmiechnął się cierpko, ukradkiem zerkając na jedno z oprawionych w ramkę zdjęć. Odkąd odeszła było ich tu tak wiele, że prawdopodobnie nigdy nie będzie w stanie zapomnieć jej ciepłego uśmiechu oraz zimnych, szarych oczu. No i smaku ust, choć od ich feralnego pocałunku minęły lata.
— Człowiek nie może żyć przeszłością. — Przez twarz Hany przebiegło współczucie.
— A chcesz się przekonać?
Wtedy to zobaczyła. Rezygnację, ból, niepewność; wszystkie te emocje pojawiły się w jego przeszklonym spojrzeniu. Jeśli Kiba wstawał każdego dnia i brnął naprzód, musiał mieć ku temu ważne powody, albo próbował coś sobie udowodnić. Hana domyśliła się, że wraz z tamtą nieznaną jej dziewczyną, jego rodziną, umarła także cząstka chłopaka. Inuzuka pokrył się dziwną iluzją, wciąż robił te same rzeczy i nie buntował się, ale to było, niczym mydlana bańka. Bez jakiegokolwiek wyrazu czy serca nic nie trwa wiecznie. Kiba o tym wiedział, mimo to, nadal udawał.
— Nie zostawię jej po raz drugi, zrozum — wydusił z siebie.
Wstał, dwukrotnie przemierzył pokój, westchnął i stał odwrócony do niej tyłem, próbując nie rozpaść się przed nią na kawałki. Inaczej go stąd zabierze.
— Yakiimo jest trupem.
— Przestań. — Przyłożył pięść do ust.
— Zimnym, nic nie znaczącym trupem! — krzyknęła.
— Zamknij się! — Jego ręka przecięła powietrze i wówczas mur między nim a Haną znacznie się pogłębił. — Nie było cię — wyszeptał łamiącym się głosem. — Nie było cię, gdy mama odeszła, gdy brakowało nam pieniędzy, gdy stawała przede mną, by mnie chronić.
— Jak możesz nadal ją kochać?! To morderczyni. — W jej głosie pobrzmiewało obrzydzenie. — Jeszcze miesiąc temu błagałeś mnie o miejsce w moim domu.
Odwrócił się od niej i popatrzył w okno. Na zewnątrz zaczynała szaleć jesienna wichura, a pierwsze krople zimnego deszczu runęły na szybę, zagłuszając bicie serca chłopaka. Nabrał ochoty wyjścia na zewnątrz, przekonania się, czy jest równie zimno, co w jego mieszkaniu, odkąd zaczął się temat Inami. Pokręcił głową, pokornie schylając ją na dół. Liczył, że Hana odpuści. Zrobi coś, czego Yakiimo nigdy nie potrafiła.
— Twój dom nie jest moim domem — wyłkał.
Hana prychnęła. Usłyszał, jak pospiesznie sięgnęła po płaszcz, rzuciła klucze na blat stołu, zgasiła światło w kuchni, tak, że Kiba pogrążył się w zupełnej ciemności. Sekundowy podmuch wiatru, trzaśnięcie drzwiami, reflektory samochodu na parkingu. Nie było jej.
— Mój dom — kontynuował — jest tam, gdzie Yakiimo.
Po raz pierwszy od jej śmierci nie umiał zrobić nic prócz gryzienia własnych pięści, prócz zataczanie się po mieszkaniu, prócz zrzucania fotografii.


— Hidan się wścieknie — wyszeptał, gładząc jej zarumieniony policzek.
— Nic mu nie powiem.
Przekręciła się na bok, podparła na łokciu i z zamyśleniem analizowała każdy szczegół na jego twarzy, potem przeszła do nagiego, umięśnionego torsu, po czym wróciła do oczu Kiby, tak pełnych radości i wyrzutów sumienia.
— To nie zmienia faktu, że nie powinniśmy byli tego robić. — Skrzywił się.
Przewróciła oczami, ostentacyjnie wzdychają, a on popatrzył na nią surowo, przywracając do porządku. Czasami irytowało go to jej ciągłe pozytywne myślenie, szaleństwo, brak dostrzegania istotnych problemów. Właśnie dlatego nie odstępował dziewczyny na krok; była sprytna, ale zbyt wyluzowana, jak na życie w takim środowisku. W dodatku nie uprzedzając go, zaczęła pracować dla szefa wyjątkowo podłej szajki — Hidana. Co gorsza, spodobała mu się. Dostrzegł to w jego spojrzeniu, tym, jak zapraszał ją do swojego biura, pokazując pokaźną kolekcję broni białej. Na początku Inami była znudzona, dopiero potem zaczęła interesować się osobą Jashina. Coś ich nieustannie do siebie ciągnęło.
— Co zamierzasz dziś robić? — zapytała, kiedy podniósł się z łóżka i ruszył w stronę łazienki; miał nadzieję, że zimny prysznic pomoże mu nieco ochłonąć oraz zebrać myśli.
— Sam nie wiem. Chyba pójdę na piwo z Shikamaru, czemu pytasz?
— Tak sobie. — Wzruszyła ramionami.
Zarzuciła na siebie czarny szlafrok z śliskiego materiału. Musiał przyznać, że dobrze jej było w tym kolorze.
— Hidan zaprosił mnie na kolację — wyznała, przerywając ciszę.
Weszła za nim do łazienki i oparła się o pralkę, podczas gdy on wszedł pod prysznic. Chłodna woda oblała jego ciało; odchylił głowę do tyłu, ukradkiem widząc, jak stała ze skrzyżowanymi ramionami, wpatrując się w palce stóp.
— Idź — powiedział lekkim tonem.
Ze zdziwieniem uniosła głowę. On spokojnie wcierał szampon we włosy, czując wzrok dziewczyny na swoich plecach.
— Na pewno?
— Na sto procent. My i tak nie mamy przyszłości — zaśmiał się krótko.
Usłyszał, jak biodrami odbiła się od urządzenia i, szurając, powędrowała w stronę salonu. Nie wyglądała na specjalnie ucieszona jego decyzją, ale z drugiej strony nie zaprotestowała. Już sam fakt, że nieświadomie zapytała go o pozwolenie był dosyć zastanawiający.
— Yakiimo? — zawołał. — Tylko załóż tą czerwoną sukienkę.


Gdyby tylko wtedy został z nią wieczorem, kategorycznie zabraniając prywatnych kontaktów z szefem, Yakiimo dalej byłaby normalną dziewczyną z jako takiego domu. To Hidan odkrył talent Inami do posługiwania się bronią białą i jej niesamowicie szybkie myślenie, potrzebne przy układaniu strategii. Ona z jakiegoś powodu zgodziła towarzyszyć się mu na spotkaniu mafijnych szefów i innych wpływowych ludzi, a Kiba zgrzytał zębami za każdym razem, kiedy opowiadała mu, że czuje się naprawdę dobrze trzymając miecz w dłoni. Potem było znacznie gorzej; pierwsze samotne akcje, włamania, smak dużych pieniędzy, bezkarność. Wszystko to sprawiło, że zaczęła wnikać w niebezpieczne środowisko szybciej, niż by sobie tego życzył. Nie miał szans jej stamtąd wyciągnąć, ponieważ jemu także imponowało to, co okazywało się cholernie nielegalne, ale pomocne w przetrwaniu.
Zacisnął palce na kolbie pistoletu, posuwając się wzdłuż ściany. Za sobą słyszał przyspieszony oddech Kaori, przed nim znajdowały się szerokie plecy Sasuke. Zadanie, które wyznaczył im Shimura pod dowództwem tego skurwysyna Neji’ego było pozornie łatwe. Wyeliminować grupę handlarzy żywym towarem, którzy mogli mieć powiązania z Bogami. Jakoś nie chciało mu się wierzyć, że Yahiko popiera sprzedawanie ludzi, ale rozkaz Danzou liczył się znacznie bardziej, niż zdanie nieradzącego sobie w życiu gówniarza.
Zatrzymali się. Idący na samym przodzie Hyuuga nachylił się, nasłuchując odgłosów dobiegających zza metalowych, zielonych drzwi. Wokół śmierdziało stęchlizną i tanimi papierosami. Kiba obejrzał się przez ramię, natrafiając na wyjątkowo ostre spojrzenie Fukao. Z roztargnieniem pokręcił głową, poprawił dłoń na pistolecie i czekał.
Drzwi otworzyły się z rozmachem. W środku niewielkiego pomieszczenia wybuchła panika; czwórka grających w karty mężczyzn poderwała się z miejsca, a kapitan oddziału uraczył ich serią z karabinu. Kilka kobiet położyło się na ziemi, zakrywając uszy rękami. Inne z krzykiem na ustach starały się uciekać bocznymi wyjściami. Mrok nie pozwalał im zbyt dobrze wycelować; przynajmniej Kiba miał z tym nie lada problem. Nie zamierzał zabijać nikogo, kto pierwszy nie wycelowałby w niego lufą. Ostrożnie przeszedł w głąb pomieszczenia. Minął kilka krzywo przywieszonych szafek, zlew, włączoną mikrofalówkę. Poczuł przyjemny zapach ciepłego jedzenia i wsunął pistolet za pas. Seria z broni Neji’ego nie ustawała; mężczyzna strzelał na oślep, nie patrząc, czy rani dzieci, czy faktycznych zbrodniarzy.
Pod jednym z mebli usłyszał ciche westchnienie. Zatrzymał się odruchowo, pochylił i dojrzał parę błyszczących, niebieskich oczu. Dziewczynka w wieku mniej więcej siedmiu lat przyciskała rączkę do ust, trzęsąc się niemiłosiernie. Patrzyła na niego z przerażeniem, buzią zalaną łzami, blond włosami przyklejonymi do czoła. Ukucnął, odchyliła materiał, który zwisał, zasłaniając dziecko i przyjrzał jej się, starając delikatnie uśmiechać.
— Już w porządku. Nie zrobię ci krzywdy.
Wyciągnął do niej rękę, lecz natychmiast podkurczyła kolana, cofając się. Była, niczym przestraszone zwierzę, oglądała rzeź przeprowadzoną przez ludzi odwołujących się obrońcami. Skrzywił się na samą myśl o tym.
— Zaufaj mi. — Złapał jej drobną rączkę i pociągnął w swoją stronę.
Uległa. Wyczołgała się i popłakując, usiadła naprzeciw niego, wycierając umorusaną brudem twarz. Dopiero teraz zauważył, że bujną czuprynę związała w dwie odstające kitki. Coś ścisnęło go za serce, bardzo powoli i boleśnie.
— Jak ci na imię? — zagadnął.
Żałował, że nie wziął ze sobą butelki czystej wody albo jakiegoś prowiantu, ale to miała być szybka, nie wymagająca poświęcenia misja. Przynajmniej tak ją zapowiadano.
— Yukimi — odezwała się zdławionym głosem.
Ciężkie kroki rozległy się za jego plecami. Instynktownie struchlał, a złe przeczucia wkradły się między niego a uratowaną dziewczynkę.
— Co tam znalazłeś, Inuzuka? — Neji przystanął dokładnie metr od niego, z zafascynowaniem obserwując kulącą się przed nim istotę w krótkiej, białej sukience.
— Trzeba odszukać jej rodziców — powiedział wymijająco.
— Wszyscy nie żyją. Kogo chcesz szukać? — prychnął, jakby Kiba popełnił niewybaczalny błąd: zatroszczył się o ludzkie życie.
— Więc zabierzmy ją do szpitala. — Uparcie nie odwracał się za siebie, wpatrując w zakurzone okno przed nim.
— Czasami mnie rozbrajasz — zaśmiał się Hyuuga.
Dźwięk przeładowywanego pistoletu rozdarł przestrzeń między nimi na wiele straszliwych części. Inuzuka zacisnął pięści, oblizał wargi, ale mimo to, nie stanął z nim twarzą w twarz. Wolał obserwować pełne gwiazd, piękne niebo, jak co noc, gdy bał się, że w śnie znów pojawi się Yakiimo.
— Bogowie też byli dziećmi — oznajmił kpiąco, chociaż jego ton pozbawiony był wszelkich uczuć. — A teraz toczymy z nimi wojnę.
— Neji, naprawdę nie ma potrzeby…
— Nie wtrącaj się, Fukao! — warknął. — No dalej, Inuzuka — wycelował w czoło przestraszonej i zdezorientowanej dziewczynki. — Nic mi nie powiesz?
— Neji, proszę. — Kaori ponownie spróbowała przemówić mu do rozsądku.
— Uratuj ją, jeśli potrafisz.
Kiba zacisnął powieki, podczas gdy lider pociągnął za spust. Huk. Ciało dziewczynki zwaliło się na podłogę, dokładnie u stóp drżącego ze złości Kiby. Zwiesił głowę, jednak wciąż nie potrafił otworzyć oczu, wiedząc, że zobaczy tylko małą, niewinną osóbkę z dwoma blond kitkami. Syknął pod nosem, powstrzymując się od krzyku.
— Szkoda. — Hyuuga wzruszył ramiona. — Taka piękna, tak podobna do niej… Do Yakiimo, prawda?


— Wiesz, ile te alkohole kosztowały, skończony durniu?! — Hidan złapał go za kołnierz białej koszuli i przycisnął jego plecy do ściany.
Kiba doskonale wiedział, że w starciu z tak silnym człowiekiem nie miał najmniejszych szans, toteż wolał okazać skruchę, która ostatnimi czasy przychodziła mu niełatwo.  
— Nie wiem, jak to się stało, naprawdę — wydusił z siebie, uśmiechając się głupkowato.
— Ale ja wiem. Jesteś niedorozwiniętym zjebem, Inuzuka. Coraz częściej myślę nad wyrzuceniem cię stąd, bezpowrotnie — wycedził, przybliżając swoją twarz do jego.
Świst obok jego ucha, przykuł uwagę obojga. Mały, ale ostry nóż dyndał na ścianie, milimetry od policzka zdezorientowanego Hidana, który prawdopodobnie zapomniał o tym, by dalej wściekać się na swojego pracownika. Zamiast tego, machinalnie odwrócił się, napotykając rozzłoszczony wyraz twarzy Yakiimo. W jednej dłoni nadal trzymała scyzoryk, poza tym pochylała się delikatnie, gotowa do kolejnego rzutu.
— Odwal się od mojego brata, Hidan — wyszeptała złowrogo, wcześniej wymieniając z Kibą porozumiewawcze spojrzenia.
— Przez niego będę musiał tłumaczyć się przed klientami — powiedział zrezygnowanym tonem.
Jeśli Jashin naprawdę czegoś się w życiu obawiał, to jego lęki właśnie stały przed nim, przybierając postać niskiej, walecznej blondynki. Inuzuka odetchnął głęboko, poprawiając krawat, po czym szybko oddalił się za bar, skrupulatnie przysłuchując ich wymienia zdań.
— Ty? — zaśmiała się. — Całymi dniami siedzisz w biurze i sprowadzasz sobie dziwki.
— Nie wypominaj mi przyjemności. — Pogroził jej palcem.
— To zajmij się pracą. Harujemy tu od rana do nocy, podczas gdy ty pieprzysz się na tej obrzydliwej, starej kanapie. — Postawiła kilka kroków do przodu, dumnie zadzierając podbródek.
Kiba przyglądał jej się przez cały czas. Yakiimo potrafiła postawić się każdemu, nawet własnemu szefowi, który w gruncie rzeczy nie był złym pracodawcą. Płacił im za nadgodziny, rozumiał, że Inami nadal się uczy i rzadko schodził do pubu, ale mimo to, Inami ośmieliła się na niego krzyczeć i rzucać nożami. Była niesamowitą, pozbawioną skrupułów kobietą.
— Jeśli się nie podoba, droga wolna — zirytował się mężczyzna.
— Jasne, i tak zamierzałam odejść! — Tupnęła nogą.
— Ciekawe dokąd? — Z politowaniem pokręcił głową, wyjął papierosa z kieszeni marynarki i odpalił go ruchem pełnym gracji.
— A do konkurencji — oznajmiła z dumą. — Dostałam propozycję pracy, tylko zwlekałam z odpowiedzią.
— Kłamiesz — wyrzucił, ale żyłka na jego skroni poruszyła się lekko.
— Niby po co? — Prowokacyjnie przewróciła oczami. — Tam przynajmniej będę miała ściśle określone godziny pracy i, co najlepsze, kompetentnego szefa.
— Uważasz, że brak mi doświadczenia? — Przyłożył dłoń do piersi, jakby ta informacja zabolała go bardziej, niż powinna.
— Nabierasz go sypiając z własnymi pracownicami — rzuciła ironicznie.
— Z tobą nie sypiam — warknął. — Jeszcze. — dorzucił, czego nie usłyszała.
— To nie ma znaczenia. Pewnie nic bym nawet nie poczuła — prychnęła, zarkając na Kibę.
— Coś ty powiedziała?! — Podniósł głos.
Rzucił papierosa na ziemię, zdeptał go cholewą robionych na zamówienie butów i zmarszczył brwi.
— Wystarczy — przerwał Inuzuka w momencie, kiedy Yakiimo otwierała buzię. — Zostajemy tu. Po wypłacie oddam za wszystkie szkody, naprawdę — zadeklarował się.
Inami nadęła policzki, zupełnie nie rozumiejąc jego uległości wobec Hidana, ale milczeniem uszanowała decyzję brata. Hidan z zakłopotaniem podrapał się po karku.
— Zapomnij o tej skrzynce. Marui i tak wisi mi za dużo, żebym draniowi jeszcze coś specjalnie sprowadzał — sarknął. Bez słowa wyminął gniewającą się Yakiimo, a kiedy był na szczycie schodów, obejrzał się przez ramię, po czym rzucił: — Sprzątnij stoliki i idź do domu. Będę potrzebował cię na całą sobotnią noc, więc porządnie się wyśpij, chłopaku. A, zabierz też siostrę. Nie chcę, żeby mi zabiła jakiegoś klienta.
Yakiimo posłała mu pełen zwycięstwa uśmiech.


Nie wiedział, w której chwili się upił. Po udanej akcji od razu wrócił do domu, nie pamiętając, jak udało mu się wsiąść do odpowiedniej linii metra i wysiąść na swojej stacji. Moment wchodzenia do domu także gdzieś mu uciekł. Potem wyciągnął z barku wódkę, szklankę i, tępo wpatrując się w przeklęte fotografie, pił, wspominał. Na początku trochę się uśmiechał, potem przyszło załamanie. Zakrztusił się swoim oddechem, poczuł słone łzy na policzkach i własne dłonie szarpiące włosy. Przed oczami miał albo jej umazane krwią ciało, albo ufne, zaraz później martwe oczy siedmioletniej dziewczynki.
Tak podobnej do Yakiimo.
Yakiimo.
W głowie huczało mu od nadmiaru alkoholu. Miał wrażenie, że tuż za nim czai się Neji z pistoletem, gotowy sprzedać mu kulkę. Zastanawiał się, czy zdołałby uratować chociaż siebie w tym niekończącym się wirze bólu, tęsknoty i głęboko skrywanych uczuć. Zastanawiał się, jak to byłoby stanąć oko w oko z ministrem, przyjąć na siebie kilka pocisków, ostatni oddech poświęcić na bezgłośne wypowiedzenie jej imienia.
Ostatkiem sił doczołgał się do łazienki, odkręcił wodę, uwiesił się na oparciu wanny. Chaotycznymi ruchami szarpał ubranie, aż udało mu się zdjąć wojskową kurtkę, spodnie, obcisłą koszulkę. Pozbył się także wszystkich postawionych wcześniej blokad. Płakał, niczym dziecko, wyjąc, szlochając i krzycząc na przemian. Zburzył starannie budowane mury, zamazał obraz uśmiechniętego, pewnego siebie. Dał ponieść się nocy, jej magicznemu urokowi, temu, że powstała po to, by dać wytchnienie dniu. Klęczał tak kilka minut, wsłuchując się w bulgotanie wody. Dopiero potem zanurzył się w wannie, a gorąco zalało jego dygoczące ciało. Odchylił głowę do tyłu, ramiona ulokował na ceramicznych oparciach, leżał i czekał. Nie bardzo wiedział na co, ale przeczuwał, że w tym stanie nie pozostało mu nic innego, jak odcięcie się od świata, obserwowanie go z bezpiecznej odległości.
Woda zafalowała delikatnie. Z trudem przekręcił głowę, mozolnie uchylając powieki.
— Tęskniłem — wyszeptał.
Siedziała przed nim, dokładnie w tej samej pozycji, co on. Włosy zasłoniły jej pełne piersi, jedno kolano zgięła, patrząc na niego uwodzicielsko, a przy tym była nienaturalnie poważna.
— Tak wiele się wydarzyło — odpowiedziała mu łamiącym się głosem.
Łzy spłynęły po policzkach dziewczyny. Poderwał się gwałtownie, złapał jej twarz i starł z niej troski. Przycisnął czoło Yakiimo do swojego, mocno zaciskając powieki. Oddychał ciężko, próbując zdławić szloch.
— Ale nie gniewam się na ciebie, Kiba. — Dotknęła jego ramienia i odsunęła go delikatnie.
Spojrzała na niego z ufnością, której nie potrafił znieść. Odwrócił wzrok, cofnął się na swoje miejsce i wpatrywał w taflę.
— Mogłaś zostać — powiedział, układając usta w wąską linię. — Przecież widzisz, że mnie nie zabił! — krzyknął. — Po co tam poszłaś?!
Przecząco pokręciła głową, łkając delikatnie.
— Kiba…
— Nie! Kochałem cię, Yakii. Ponad wszystko na tym świecie!
— Proszę cię. — Zaniosła się głuchym szlochem.
— Ja wiem, co powiedziałem, że nie mamy przyszłości. Ale w każdej sekundzie życia nienawidziłem oglądać cię z tym popaprańcem Hidanem. Za to uwielbiałem, gdy dla mnie tańczyłaś, gdy się śmiałaś, gdy tupałaś nogą za każdym razem, kiedy coś cię zirytowało. — Głos mu się łamał. Ona wciąż płakała.
— Musisz się pogodzić.
— Jak?! — Machnął ręką; kilka kropel poleciało na jej twarz. Zbliżył się do niej ponownie i mocno przytulił. — Bez ciebie nic nie ma sensu.
Włosy Yakiimo pachniały truskawkowym szamponem, faktura skóry była dokładnie taka, jaką zapamiętał. Nigdy nie istniała inna Inami, zawsze ta sama, niepowtarzalna, należąca tylko do niego. Blisko, jednocześnie zupełnie poza jego zasięgiem, jak teraz. Jakaś jego część wiedziała, że jej tam nie było, lecz nie umiał oprzeć się, zamknąć oczy, zignorować ją. Nie po raz drugi.
Przełknęła ślinę, odepchnęła go, połknęła słone łzy. Przeczesała jego brązowe włosy, uniosła podbródek i na ustach złożyła najdelikatniejszy pocałunek, którego kiedykolwiek doświadczył. Wargi drżały mu, kiedy się cofnęła.
— Uśmiechnij się dla mnie — wyszeptał.
Zrobiła to, tak pięknie, jak nigdy dotąd i w tej jednej chwili jej szare oczy znowu radośnie błyszczały. Kciukiem przesunął po dolnej wardze kobiety.
— Nie gniewam się — powtórzyła.
Pokręcił głową.
— Nigdy bym nie mogła. — Dłonie położyła na jego policzkach. — To była najfajniejsza przygoda. Bycie z tobą, Kiba. A teraz… — Jej głos dochodził, jakby zza grubej ściany.
Woda zabarwiła się na delikatny róż. Czerwone wstęgi sunęły po jej powierzchni, przyprawiając Kibę o pewien rodzaj zafascynowanie. Nie umiał oderwać wzroku od miejsca, w którym jeszcze sekundę temu klęczała.
Coś gwałtownie szarpnęło go za ramię.
— Oddychaj! Pogotowie już jedzie, słyszysz, chłopcze? Oddychaj!
Oddychaj.
— Co z nim?
— Będzie żył. Jest pani kimś z rodziny?
— Nie, niestety nie. On mieszka sam, panie doktorze. Siostra umarła mu kilka tygodni temu. Rzadko go widuję.
— To wiele wyjaśnia. Próba samobójcza nie bierze się znikąd.
W cholerę wiele.
— Podamy mu tlen, zatamujemy krwawienie, potem szwy i na pewno psychiatra, bez tego się nie obędzie. Dziękujemy za pomoc, reszta w naszych rękach.
Zostałem szaleńcem, prawda, Yakiimo?
Yakiimo?
Więc tak wygląda spokój?
—… chodzi o to, żeby czuć życie.
Czuć życie.
Zanim się pojawiła, nie wiedział, co to znaczy. Dopiero potem stała się jego nauczycielem.



Yakiimo: No dobra, to pierwszą część uzupełnień mam już za sobą. Muszę przyznać, że pisało mi się bardzo łatwo i przyjemnie, ale to chyba nie do końca są moje klimaty. Dlatego wplotłam tu mały skrawek akcji, którą dowodził ten dupek Hyuuga. xD Pozostałe partówki mam już solidnie rozpisane, podobnie, jak rozdziały nadchodzącego Legionu, ale najpierw postaram się jako tako zająć Teorią, nim sama zupełnie o niej zapomnę. A potem zgłoszę się po szablon, więc trochę jeszcze sobie poczekacie na powrót dziewczyn z Mangowych. Obiecuję jednak, że tym razem fabuła nie skończy się na sześciu rozdziałach. Chyba zacznę poszukiwać bety! Korzystając z faktu, że mój internet powrócił do żywych, wracam do wywiadu z moją kochaną Hrush. <3 I do przygotowywania Legionu. xD Miło będzie poczytać wasze komentarze. :3 Nie jestem dziś zbyt rozmowna, także do kolejnej części, która zostanie poświęcona kapitanowi Uzumakiemu.

CREATED BY
MAYAKO
ART: Kase661